środa, 22 lutego 2023

Stefan Grabiński - Muzeum Dusz Czyśćcowych. Opowiadania Niesamowite

 



    Z nieodgadnionych przeze mnie czeluści grozy ujawnił mi się kolejny klasyk polskiego weird fiction. Zaliczam Grabińskiego do tego gatunku, gdyż podobnie jak Schulz przedstawia nam jakiś świat pogmatwania oniryzmu z głęboko usadowionymi lękami. Do tego panowie są z tej samej epoki i z tego co mi wiadomo dość się sobą inspirowali. Stefan Grabiński jednak to mocna groza poświęcona klasycznym lękom oraz temu co sam chyba zapoczątkował - Kolei. Jeżeli chodzi o ten zbiór to jest to bardzo wyszukane zestawienie chyba najlepszych opowiadań Grabińskiego z jego najgłośniejszych zbiorów, uporządkowanych chronologicznie. Tak rozpoczynamy lekturę od dwóch mocnych opowiadań z tomu "Na Wzgórzu Róż". "W Willi nad Morzem" to opowiadanie, które trzymało mnie w napięciu cały czas. Mimo, że nic w nim specjalnego się nie działo, miałem wrażenie, że dotykam czegoś niepokojącego, tym bardziej, że atmosfera, język i stanowiska bohaterów tak immersywnie wciskało mnie w akcję opowiadania, jakby wmawiało mi "Stój tu i patrz!" i stałem poprzez czytanie i nie mogłem się ruszyć, bo po prostu czułem ciężkość opisywaną przez Grabińskiego. Szybko przechodzimy do konika autora, a raczej do... ciuchci - "Demon Ruchu" to kolejowa groza - sztandar Grabińskiego, którego fascynowała kolej i stworzył z niej legendę na miarę czasów pary. W moim odczuciu jest to zbiór, mający lepsze i nijakie opowiadania. Niemniej zrobiły na mnie wrażenie "Fałszywy Alarm", tytułowy "Demon Ruchu", "Dziwna Stacja (Fantazja Przyszości)" oraz "Ultima Thule". Jadąc w wagonie z chuczącym i stukającym o tory zjawiskiem zaczyna do nas docierać z czym mamy do czynienia. Wysoka literatura zaczyna bić do nas przez szyby wagonu. Jest niepokojąco, zdania składają się w wybitną konstrukcję i co przeraża, choć jest nagminne, każdy główny bohater ginie. Albo kończy sam ze sobą, albo po prostu umiera od tak w niewyjaśnionych okolicznościach. Do czytania Grabińskigo warto mieć wyszlifowany język. Słownictwo bywa dość archaiczne i jeśli nie wiesz kim jest "budnik", albo czym jest "skanzja", będziesz czytać drugą lekturę jednocześnie i będzie nią słownik. To jest jednak cecha charakterystyczna Grabińskiego - trudny język, którego kulą u nogi bywa nawet u tłumaczy. Dość często spotykam opinię o zbyt trudnym słownictwie używanym przez autora. Osobiście uważam, że jest to niezbędny element wczuwający nas w epokę i przesadne uwspółcześnianie takiego tekstu niszczy sens i jego atmosferę. Dlatego powtarzam - ucz się słówek zanim sięgniesz po Grabińskiego. Tutaj paradoksalnie dodam, że jest to literatura, z którą powinno się zapoznawać już w szkole. Myślę, że samobójstwo bohaterów, depresyjna otoczka romantyzmu i erotyka (do której jeszcze dalej przejdę) nie są już tak kontrowersyjne dla ucznia czytającego na lekcji polskiego klasyków piszących przykładowo o współbójstwie kochanków. Grabiński jest zapomnianym autorem fantastyczno - grozowym i skoro uczniowie czytają Schulza, Przybyszewskiego, Mickiewicza, lub Dickensa to Grabiński mógłby spokojnie koło tej socjety usiąść przy jednym stole. Wracając do zawartości zbioru. Wysiedliśmy z wagonów by powitać "Szalonego Pątnika" - to kolejny tom zawarty w "Muzeum Dusz Czyśćcowych - Opowiadania Niesamowite". Ten nadtytuł zawiera czytse weird fiction klasycznej grozy i tak moje ulubione "Problemat Czelawy" okrzyknięty zapożyczeniem z Jeckylla i Hyde'a, co jest bzdurą jest iście filmowym opowiadaniem. Czytałem jak perfekcyjny scenariusz filmu, w którym z chęcią bym zagrał. Historia dopperlgangera, klona dzielącego świadomość i pamięć, oraz ukryte fetysze z drugim sobą. Następny ulubieniec to "Saturnin Sektor" krótki i treściwy tekst o spotkaniu felietonisty piszącego z pasji o fizyce z samym ojcem Czasem, który podważa każdy artykuł bohatera. Koniec końców czas popełnia samobójstwo - jest to tak metaforyczne, a jednak dosłownie ujęte, że filozoficzny zabieg ma tu niebagatelne podłoże. Na koniec lekka, lecz też mocna "Osada Dymów" - opowiadanie western. Dziwofikcja wprowadzająca nas do wyludnionej osady indian, gdzie czuwa tylko jeden indianin pilnujący dusz swych zmarłych kompanów. Samobójstwo indianina nie powinno być już zaskoczeniem jednak Grabiński potrafi zadziwić czytelnika. To opowiadanie jest jakby prologiem do kolejnego tomiku zawartości czyli "Księga Ognia". Tutaj mamy także coś typowego dla Grabińskiego. Groza płomienna. Czyli lęk przed pożarem. To chyba najmniej interesujące opowiadania, chociaż ma swoje rodzynki i są to jedynie "Czerwona Magda" o dziewczynce piromance i tytułowe "Muzeum Dusz Czyśćcowych". Tytułowe opowiadanie to przechadzka po muzeum pełnym relikwii i stygmatów znajdującym się w klasztorze. Idąc dalej docieramy do tomiku "Niesamowita Opowieść". Tą część uwielbiam najbardziej i są tu dwa bardzo charakterystyczne opowiadania na kanwie klasycznej grozy osnutej sporą dawką erotyki. "Kochanka Szamoty" - krótka powiastka o nekrofili. Nieświadomej, bo bohater niepowczasie zauważa, że kocha się z bezgłowym ciałem kobiety. Drugi świetny erotyk to "W Domu Sary". Głównym motywem jest tu wampiryzm, pakt z diabłem i demoniczna femme fatal sidląca swych wybranków siłą fizycznej miłości. Przedostatni wykaz opowiadań pochodzi z tomiku "Namiętność" i moim zdaniem to poprzedni podzbiór winien się tak zwać. Tutaj ciekawym tytułem są "Projekcje", w których mamy do czynienia z hipnozą i jakimiś nie określonymi widzeniami. Zakończenie "Z Utworów Rozproszonych" daje nam jedno opowiadanie "Świadek Materna", który jakoś nie został w mojej pamięci. Świetne jak zawsze posłowie Macieja Płazy wieńczy ten zbiór, dający nam sporo wrażeń.
    Proza Stefana Grabińskiego to utwory z pogranicza Dark Acedemii i zwykłego świata ludzi pracujących w świadczeniu nieodłącznych usług, potrzebnych społeczeństwu. Mowa tu o budnikach, czyli strażnikach kolejowych, maszynistach, konduktorach, którzy jawieni są jako dziwne postacie, prawie, że nawiedzone, widzące rzeczy, które zwykły pasażer uzna za duby smalone, bajkę wymyśloną, by kogoś zaniepokoić. Podobnie jest ze strażakami, czy kominiarzami, którzy w swej profesji odnajdują zagrożenia na miarę miejskich legend. Z drugiej strony mamy literatów, profesorów, wysoko postawionych dżentelmenów próbujących nie dać się zwieść zakusom zdziwaczałego świata z innego wymiaru. Bywa różnie. Przeważnie popełniają samobójstwo nie wytrzymując szaleństwa zrzuconego na ich barki. Bywają jednak i tacy, którzy nie dają się zwieść i z otwartą głową przyjmują to co zobaczyli. Grabiński uznawany za polskiego Lovecrafta bądź Poe nie bez powodu zasłużył sobie na to miano. Nie raz czytałem jego opowiadania z wytrzeszczonymi oczami. Dla mnie świetna lektura gatunkowa i wybitna literatura. Pochłonięty tą grozą szczerze polecam, zwłaszcza nudzącym się na nocnej zmianie na stróżówce.

Gatunek: Horror / Weird Fiction
Rok: 2018
Wydawnictwo: Vesper

czwartek, 16 lutego 2023

Salvador Dali - Rewolucja Paranoiczno - Krytyczna

 



   Kolejne zetknięcie się z literacką twórczością Salvadora Dali. Tym razem chyba najważniejsze dzieło, któremu artysta hołdował i nie raz odnosił się do niego także w swych książkach "Moje Sekretne Życie" i "Dziennik Geniusza". W owych tytułach wspomina nawet, iż jest w trakcie pisania powyższego tytułu. "Rewolucja..." to swoisty manifest osobisty Dalego. Możemy tu zauważyć metamorfozę prądów artystycznych, w których brodzi Salvador. Od fowizmu zmierza w stronę antyartyzmu, nacechowując go chwaloną przez siebie postać Joana Miró. A trzeba przypomnieć, że Salvador nie jest skory do chwalenia kogokolwiek poza sobą samym. Miró znany jako antyartysta, wspominający o "zamordowaniu malarstwa" jest często wspominany w dziele. Ponadto będąc dobrym przyjacielem Salvadora ma znaczący wpływ na to do czego Dali dążył. Tytuł ten wspomina również znaczące dla surrealizmu osoby, wcześniej pojawiające się w książkach Dalego, ale głównie wymienieni są Breton, Eluard, Lorca, Picasso, Bunel, oraz oczywiście Gala. Co do tej ostatniej, zauważyć należy, że dość późno o niej czytamy. Dzieło jest bardzo sztywno skupione na artystycznych dywagacjach i pracach. Niemniej Gala jako muza całego ruchu surrealistów jest ważnym elementem. Tu natomiast pojawiając się późno, można wywnioskować iż Salvador pisał ten manifest jakiś czas przed poznaniem Gali.
Rewolucja ma bardzo napompowany, pewny siebie i sztywny styl, co uwydatnia zuchwałość i egotyzm autora. To on swym dziełem wyznacza nowy nurt w artystycznym świecie. Przygotowuje świat na odejście od realizmu, nie umniejszając w żaden sposób nauce, co wprost oddaje honory patronowi każdego pełnogębowego artysty Da Vinciemu. Surrealiści jednak wyrośli na prerafaelitach i manierze Boscha oddają się fantastyce i nadnaturalności. Dali po krótce omawia najnowsze narzędzia będące możliwością nowego wyrazu. Chwali fotografię i film. "Rewolucja" świetnie też oddaje ducha lat dwudziestych. W tekście nie zabraknie fascynacji, jak to nazywam - królewskimi zwierzętami Dalego - pasikoniki, owoce morza, nosorożce, mrówkojady. To bardzo ważne elementy twórczości Salvadora i ich symbolika zapewne ma swoje nietypowe znaczenie. Są pewnie też swoistym fetyszem. Swoją drogą fetysze również są nieodłącznym elementem manifestu. To sprowadza nas właśnie w stronę Gali, ale również bardzo pokręconej rzeczy, jaką odkrywamy w życiu erotycznym Dalego. A właściwie w jego autoerotycznych wizjach. Zanim do sedna, musimy też zaznaczyć, że w surrealnym kręgu ważny, jeśli nie najważniejszy jest oniryzm. Senne wizje i niekonwencjonalne zastosowania nietypowych przyrządów. W tym duchu poznajemy tzw. przedmioty surrealistyczne, których omówienie rzeczywiście nic nam nie przywodzi, ale patrząc z punktu widzenia surrealisty tworzy coś nadnaturalnego, jakby nieżyjątko z innego świata. W końcu oniryzm zwodzi nas w rejony fetyszów Dalego. Tu poznajemy historię kawałka chleba chowanego pod napletkiem artysty i wzmagającego onanistyczne przeżycia przywodzące autorowi na myśl jego ukochaną Galę. Jest to chyba najdziwniejsza rzecz jaką przeczytałem i do tej pory nie wiem czy był to opis jego rzeczywistych praktyk czy tylko opis snu.
Salvador świetnie operuje słowem stosownym do swoich czasów. Przekład w żaden sposób nie jest dla nas problematyczny, a sama lektura idzie ekspresowo. Zaintrygowani życiem artysty i samego ruchu surrealistów nie oderwą się od tej książki. Zaiste jest to podium literackich działań Salvadora Dali, lecz tak jak każda kolejna jego książka otwiera nam nowe pokłady geniuszu i szaleństwa jakie zamykał on w swojej głowie.

Gatunek: Manifest / Sztuka
Rok: 2014
Wydawnictwo: Książnica

sobota, 11 lutego 2023

Zdzisław Beksiński - Opowiadania


    Uważa się, że artysta ten jest przereklamowany, za dużo go i już męczy jego twórczość (myślę, że z to ostatnie, by mu się spodobało), można nawet stwierdzić, że wkradł się do popkultury. Jednak mało kto z niezainteresowanych chyba wie, że Zdzisław Beksiński pisał prozę. Jest to nie byle jaka proza, bo brodzi ona inspiratywnie w największych klasykach pióra. Osobiście nie wiedziałem czego się spodziewać, ponieważ w ogólnym rozrachunku Zdzisław był gościem obytym i owszem inteligentnym, ale zdarzało mu się wyrażać dość potocznie z pewnego rodzaju dla siebie stosowną formą przyjemną. Literacko okazuje się, że artysta czerpał z mistrzów prozy niesamowitej i starał się upodobnić do nich swoje teksty. Jest to omówione w skrupulatnym posłowiu, przerabiającym najważniejsze teksty Zdzisława. Beksa był mimo swych dążeń bardzo krytyczny i to do poziomów autoironii, jak w moim ulubionym jego komentarzu "Nie waż się chuju rybi dorównywać Schulzowi..." To jest tak autentyczne, że lepiej się nie da! I rzeczywiście w opowiadaniach Beksińskiego można wyczuć klimat Schulza, Kafki, albo Borgesa. Jeśli chodzi o klimat, Zdzisław uwielbiał pisać klaustrofobiczne kawałki, w których pełno niewiadomych, nic nie jest oczywiste, bohaterowie bywają otumanieni, albo są tylko prawdziwie obiektywnymi obserwatorami.

Czytanie Beksińskiego to podróż w bardzo zdezelowane scenerie. Często kojarzą nam się z postapokaliptycznymi pejzażami rodem ze "Stalkera" Tarkovsky'ego. Taka jest też atmosfera tych opowiadań - wielka niewiadoma i dużo filozofowania. Niemniej da się wyczuć malarską terminologię, a nawet matematyczną precyzję w opisach otoczenia. Zagadki filtrowane przez kombinatorykę i staranne odwzorowanie planów miast. Kiedy w opowiadaniu mamy do czynienia z ucieczką czujemy ją, ale czujemy ją tak jak we śnie. Bohater biegnie, lecz ucieka z dziwnie spowolnioną reakcją. To także clue opowiadań Beksy - oniryzm. Coś co jest bardzo charakterystyczne w stylistyce surrealistycznej. Osobiście odbieram oniryzm bardzo fizycznie i jeśli jest on w stopniu skłaniającym mnie do przyśnienia to jest to oniryzm prawidłowy. A taki właśnie bije od opowiadań Beksińskiego. Wyobrażanie sobie scen skłaniało mnie do drzemki, a wcześniej udawało się to tylko gdy czytałem Schulza, albo Lovecrafta. Tym samym sam potwierdziłem Schulzowatość tych opowiadań, zatem "chuj rybi" dorównał. Dodam więcej. W moim odczuciu gdy czytam opowiadania Beksińskiego czuję się trochę jakby Zdzisław opisywał otoczenia ze swych obrazów. To jakby zabierał Cię ze znanej Ci sceny z obrazu i zabierał na dość groźny i paniczny spacer w dalsze meandry obrazu. Spora część opowiadań to gawędziarstwo, ale w bardzo przykrej atmosferze. No i bardzo charakterystyczny dla literatury niesamowitej narrator w pierwszej osobie.

Do lektury tych opowiadań nakłaniał mnie nawet sam Piotr Dmochowski określając talent pisarski Zdzisława Beksińskiego za iście wybitny. I rzeczywiście w loży mroku i niepokoju zasiada on ze swym piórem na wysokim stanowisku. Moje ulubione opowiadania to "Lustra", "Obserwatorzy", który ma wydźwięk pewnego symulakrum mogącego być jakimś protoplastą matrixowego świata. Oraz "Manekiny", w którym czuć ewidentnie inspirację Brunonem Schulzem i jak dla mnie trafnie wycelowane erotyzmem, dziwnością i protezą człowieczeństwa. Opowiadania podsumowane posłowiem Tomasza Chomiszczaka są fragmentarycznie omawiane i porównywane z ówczesnymi fascynacjami literackimi Zdzisława, co unaoczni nam pełen zakres działań pisarskich artysty. I chociaż Beksiński w swoim testamencie zaklinał, by jego pisarskie próby nie ujrzały światła dziennego i zostały w szufladzie tak jak były nieruszane, to dla nas zafascynowanych spojrzeniem surrealisty, nie widzącego nic szczególnego w swoich obrazach, jest to kolejne okno na mroczną odsłonę światów równoległych.


Gatunek: Fantastyka / Sci Fi/ Weird Fiction 

Wydawnictwo: Bosz 

Rok: 2015

piątek, 6 stycznia 2023

Zelda Fitzgerald - Zatańcz ze mną Ostatni Walc

 


   Mam problem z oceną i opinią dzieł napisanych prostym językiem. Przerabiałem Fitzgeraldów w pewnym stopniu i zdołałem określić ich język, sposób wysławiania się i także promowany przez nich (o zgrozo!), rzekomy, romantyzm. Jak nie przepadam za zbyt idealną prozą Scotta, tak jego małżonka urzekła mnie poetyką swych tekstów. Muszę jednak dodać, że tylko to ratuje "Zatańcz ze mną Ostatni Walc". Ta poetyka określa romantyzm sentymentalnej damy dobrze usytuowanej w epoce, której zagraża jażmo wojny, ale jej nieświadomość posuwa do swego rodzaju tomiwisizmu i rozrzutności materialno-moralnej. Jest to jednak zdecydowanie romantyzm wrażliwej kobiety. Mogę wywnioskować tak z tej powieści, jak i z listów Zeldy, iż w głośnym związku to ona była tą bardziej wrażliwszą i to ona potrafiła żywiej opisać swoje emocje. Świetnie moim zdaniem wykorzystała to w swej powieści. Tu już można śmiało zaznaczyć, iż powieść ta jest powieścią autobiograficzną. Znając biografię pary Fitzgeraldów szybko można dojść do tej konkluzji. Był to niezaprzeczalnie znak rozpoznawczy pisarskiej marki "Fitzgerald", że to o sobie pisali Scott i Zelda. Dogryzali sobie w podejściach do swych uczuć, ale oznajmiali swą miłość poprzez głównych bohaterów. Tak jest i w przypadku "Zatańcz ze mną Ostatni Walc". Zelda pod postacią swej bohaterki Alabamy, Scott, pod postacią Davida Knighta i córeczka Scottie, pod postacią Bonnie, a nawet Ojciec Zeldy, jako Sędzia Beggs.

    Wydarzenia w powieści dzieją się początkowo na południu Ameryki. Autorka wspomina dzieciństwo, młodzieńcze zauroczenia Alabamy i w końcu pojawienie się tego jedynego, który wyciągnie ją z rodzinnego domu, by podbijać świat wyższych sfer. David Knight jest malarzem i żeni się z Alabamą. Niedługo potem rodzi się córeczka Bonnie. Śledzimy małżeństwo na pełnego przepychu przyjęciach. W końcu akcja przenosi się do Paryża, a stamtąd do Szwajcarii. Oba miejsca są retrospekcją Alabamy, a właściwie Zeldy podczas jej najważniejszego etapu w życiu, czyli nauki baletu. Tak w skrócie można streścić akcję powieści, a w międzyczasie odnaleźć kilka ważnych życiowo i filozoficznie zauważeń przysuwanych nam przez Zeldę. Być może nie odczuwam tego co chciała przekazać autorka w ogólności i zapewne wiele pań uznałoby, że nie rozumiem, o co chodzi w fabule. Tym bardziej oskarżony byłbym o nie odczuwanie tego romantyzmu, jaki osnuwa historię, ale z perspektywy wymagającego czytelnika, jest ona równie nudna, co Fitzgeraldowski "Wielki Gatsby". Chociaż tu bardziej powinienem się odnieść do "Czułej Nocy", która miała być pierwowzorem historii zawartej w powieści Zeldy. Nkestety "Czułej Nocy" jeszcze nie czytałem, ale nie omieszkam sprawdzić stanowiska. Chciałbym też jednocześnie się obronić, bo jak wspomniałem proza Zeldy bardziej do mnie przemawia. Tak odczuwałem znakomitość jej opisów, jakoby w jakimś przyśnieniu miała się odgrywać nic nie wiążąca z krajobrazem ludzka egzystencja. Uwielbiałem rozbierać słowo w słowo zdania jakimi opisywała autorka pejzaże, krajobrazy, pory, a nawet atmosfery towarzyszące następującym wydarzeniom. Pławiłem się w poetyce delikatnie zapisanej aury toczącej się akcji, jednak Zelda nie miała talentu do dialogów. Większość z nich wynikała znikąd i była jakby wtrętem nic nie tłumaczącym wynikłych zdarzeń. Dało się wyczuć pasję, jaką autorka darzyła swoją drogę przez balet. Ten temat w powieści jest chyba najlepiej skonstruowany i odnosi się nie tyle do postaci autorki, jej relacji z rodziną ile także do technicznego określenia specyfiki baletowej. Zelda pisała tą powieść wraz z mężem. Po baletowej przygodzie, gdy skierowano ją do kliniki psychiatrycznej długo trwało, by skończyła pisać. Pisała zatem jeszcze długo w trakcie pobytu w klinice. Być może jestem trochę sadystą, ale liczyłem na jakieś paranoiczne kąski zawarte w powieści. Sądziłem, ze mrok jaki otoczył autorkę stanie się opadnięciem pewnej kurtyny i koncept powieści bardzo się zmieni. Jednak nie! Do samego końca powieść jest iście Fitzgeraldowska. Zakończenie dla mnie nie zrozumiałe i jawi mi się jako ukłon w stronę starych filmów noir, w którym romans trwa po ostatnią scenę. Mam osobisty sentyment do tej powieści, dlatego z chęcią tańczę walca z oniryczną poetycznością Zeldy i stawiam ją wyżej męża w hierarchii pisarskiej. Zainteresowani pisarskimi warsztatami z minionych epok mogą zajrzeć, ale wymagający czytelniku, podaruj sobie jeśli liczysz na wartką akcję. Damy natomiast rozmarzą się na pewno!


Gatunek: Romans / Literatura Piękna / Literatura Obyczajowa / Powieść Autobiograficzna
Rok: 2014 / 1932
Wydawnictwo: Pascal

niedziela, 1 stycznia 2023

Neil Gaiman, J.H. Williams III, Dave Stewart - Sandman Uwertura

 


   Pierwsze zetknięcie z serią "Sandmana" wg chronologii tego jak powinno się czytać. Sama "Uwertura" powstala dwadzieścia osiem lat po pierwszym szkicu "Sandmana" czyli w 2005 roku. Ten tom, chociaż oficjalnie końcowy, dla samej serii jest pierwszym - to prawdziwy numer zero, numer matka. Wprowadzenie do serii, które wg samego autora pozwoli inaczej spojrzeć na całą serię. Być może zaczęcie tej serii od tego numeru jest herezją i zbyt wiele porusza wątków zaspoilowanych, jednak nie czuję się zaspoilowany, w ogóle nie odczuwam zjawiska spoilingu w przypadku czytanych przeze mnie rzeczy (mam nadzieję, że to nie ułomność), aczkolwiek były momenty, w których niezrozumiałe sceny wdzierały się znikąd w moje rozpoznanie historii. "Uwertura" mówi o tym co działo się ze snem przed wydarzeniami z pierwszego wydanego tomu. Jesteśmy wrzuceni w światy niesamowite, odrealnione, nie dostrzegalne przez ludzi jawy. Cała akcja toczy się wokół pewnego wydarzenia, mogącego zachwiać całym wszechświatem. Pewien rozdział przypomni nam Netflixową adaptację. Sen z Nieskończonych przedstawia nam istoty wyższe od siebie, potężniejsze, do których musi się udać, aby zapobiec nieuniknionej katastrofie. Będzie go to kosztować bardzo wiele wysiłku. Morfeusz będzie kontaktować się ze samym sobą, a podstawiona iluzja niego samego pomoże mu w odnalezieniu wyjścia z nieuniknionego zagrożenia. Końcowa scena ponownie zabierze nas wspomnieniem do pierwszego odcinka serialu. Aż nie mogę się doczekać lektury "Preludiów", gdyż już widzę, że Netflix nie jest wierny. Aczkolwiek patrząc na rysunki J.H.Williamsa III i ich rozmach, nie wiem czy obecna kinematografia by to udźwignęła i odwzorowała. A jeśli chodzi o same rysunki, dla mnie mistrzostwo! Prawdopodobnie nie widziałem jeszcze bardziej psychodelicznych i różnorodnie wykadrowanych komiksów. Piękne ilustracje przypominające obrazy najzdolniejszych surrealistycznych malarzy.     Bardzo podobały mi się zabiegi zwizualizowania snu w jego inkarnacjach i retrospekcjach, w innych stylizacjach i fizjonomiach. Zabieg ten przypominał mi film "Parnassus: Człowiek, który oszukał diabła", gdzie część akcji działa się w wyobrażeniu bądź śnie bohatera. Inni bohaterowie wkraczając do snu jawili się jako inne osoby. Jedna z postaci odgrywana była w różnych scenach przez Johnny'ego Deepa, Colina Pharella, albo Heath'a Ledgera. Ale wracając do "Sandmana" wstęp do przygód Morfeusza wiele rozjaśnia i dorzuca pytań, a zestawienie go z serialem Netflixa jest ciekawym doświadczeniem.
Jeśli chodzi o kwestie scenariusza, osobiście chciałbym przeczytać "Sandmana" w formie literackiej. Noweli, czy powieści. Gaiman jako jeden z dziedziców Lovecrafta świetnie sobie radzi z operowaniem mitologiami i ezoterycznymi tematami. A przypomnijmy, że uniwersum Lovcrafta także opierało się na Krainach Snu. I rzeczywiście da się to odczuć w ilustracjach "Sandmana" - dużo nawiązań do Lovecraftiańskiego świata. Samo sytuowanie akcji w dużej mierze w dwudziestoleciu międzywojennym jest wg mnie hołdem w stronę lat, w których Lovecraft żył i panował jako twórca. Trzeba dodać, że nie tylko Lovecraft jest sporą inspiracją tytułu. Skoro już o tytule. Samo słowo "Sandman" oznacza Piaskuna, czyli postać z bajki E.T.A. Hofmanna, pochodzącej z folkloru niemieckiego. W jednej z wersji owy Piaskun zjada oczy dzieciom niechcącym iść spać. W komiksie twór Morfeusza - Koszmar przedstawiony jest z zębami w miejscu gałek ocznych. Oczywiste nawiązanie. Seria o śnie dla mnie przegenialna i arcydzieło godne największych.

Rok: 2015
Gatunek: Komiks/Fantasy/Fantastyka
Wydawnictwo: DC Comics