poniedziałek, 25 marca 2019

PRAWDZIWE OBLICZE BAŚNI DISNEYA: #2 Elizabeth Rudnick - Czarownica. Prawdziwa Historia Diaboliny


*UWAGA SPOILER*

   Rok 2014 przyniósł nam film "Czarownica" (oryg. "The Maleficent") i zastanawia czy "... Prawdziwa Historia Diaboliny" miało być uzupełnieniem, smaczkiem, czy chwytem marketingowym. Książka bowiem to przepisany scenariusz. Czytanie kolejnych rozdziałów przywodzi nam na myśl sceny z filmu. Oczywiście fakt ten nie jest zły, ponieważ opowieść jest tak piękna, że to nie ma znaczenia, jaki był sens powstania tej powieści. Fani Disneya, jak i jego księżniczek i całego uniwersum będą traktować tą książkę, jak każdy inny Disnerdowski skarb. 
   Diabolina okazuje się prawdopodobnie najznakomitszym czarnym charakterem, jeśli chodzi o zbudowanie postaci. Jej historia, poczęta już w 21 wieku, jest znacznie ciekawsza i urozmaicona, czego nie można za bardzo powiedzieć o historii, jaką znamy z klasycznej "Śpiącej Królewny". Tutaj mamy do czynienia z alternatywną wersją przygód Aurory, bo księżniczka ma znaczące miejsce w historii. Zdecydowanie ta wersja jest barwniejsza i żywsza. 
   Głównym wątkiem powieści są przemiany Diaboliny. Ustawicznie zmienia swój charakter, lecz poznajemy ją jako dobrą osobę, która pragnie pokoju między wróżkami i ludźmi. Nasza bohaterka marzy o tym, aby obie rasy żyły między sobą. Z początku beztroska i ufna, dorastająca Diabolina, żyje w zgodzie ze sobą i naturą oraz okazuje dobroć wszystkim. Nawet ludziom, o których słyszała, że są potworami i są źli do szpiku kości. Pragnie spotkać człowieka. Kiedy już go spotyka, zakochuje się w nim, lecz ten okazuje się takim samym potworem, o jakim słyszała historie. Po wzgardzie, jaką dostała od poznanego człowieka, staje się zła, ponura i opętana rządzą zemsty. Do pojawienia się Aurory na świecie jest zimna jak lód. Po rzuceniu klątwy na malutką księżniczkę stopniowo zmienia swe mroczne upodobania.
    Historia z wychowywaniem Aurory przez wróżki, z dala od królestwa nie zgadza się do końca z pierwowzorem bajki. Okazuje się, że wróżki nie umieją się zaopiekować dziewczynkom i za każdym ich obowiązkiem stała Diabolina ze swym krukiem. Od przybycia Aurory do chatki wróżek, to Diabolina tak naprawdę zajmowała się Aurorą. Zajmowała się nią z cienia i z ukrycia. Aurora jednak czuła jej obecność w swoim życiu i kiedy podrosła, spotkała swą wróżkową matkę chrzestną. Między Diaboliną i Aurorą powstała więź, która zaczęła diametralnie przywracać dobrotliwość Diaboliny. Znów czuła miłość. Ta miłość zmieniła całkowicie spojrzenie na sprawy. Diabolina zapragnęła nawet cofnąć swą klątwę. Nim się to udało, musiała stoczyć bój ze swoimi demonami przeszłości. 
   W tej wersji ktoś inny wybudza Aurorę ze snu. A długo i szczęśliwie, Aurora żyje na Wrzosowiskach i nie w żadnym zamku. Bardzo ciekawie opisane emocje Diaboliny pozwalają nam się do niej zbliżyć i ją pokochać, bo wszystko, co odpowiadało za jej złe postępki, było spowodowane jej wielkimi uczuciami i wrażliwością. Przywiązujemy się do Diaboliny i chcemy ją usprawiedliwiać. Książka idealnie odwzorowuje mroczny klimat filmu i czując ten mrok zastanawiamy się czy to bajka dla młodszych. Starsi zdecydowanie zainteresują się tą fantastyczną historią i nie muszą się wstydzić czytając ją, bo tak odmienną opowieść trzeba poznać. Prawda jest mroczna ale, i tak prowadzi do szczęśliwego zakończenia. A czarny charakter może okazać się bohaterem.

Gatunek: Fantastyka, Fantasy, Baśń
Rok: 2014
Wydawnictwo: Dream Books

piątek, 1 marca 2019

PRAWDZIWE OBLICZE BAŚNI DISNEYA: #1 Serena Valentino - Bestia. Prawdziwa Historia Księcia



  Jedna z powieści z serii "Disney Villians", która pokazuje nam alternatywną wersję historii bajki, która wychowała nie jedno dziecko. Sam pomysł serii jest o tyle nowatorski, że poszerza naszą wyobraźnię co do tego, co niektórzy znają już na pamięć. "Piękna i Bestia" to jedna z Disneyowskich ikon. Wszyscy znamy historię o klątwie Księcia, ale czy wiemy, skąd się naprawdę wzięła?
Serena Valentino, biorąc pod lupę Bestię, a raczej Księcia, opowiada nam historię, jako retrospekcje Bestii z momentu tuż przed przybyciem Belli na ratunek ojcu. Powieść jest przeznaczona zdecydowanie dla najmłodszych. Sam język, którym piszę pani Valentino, jest najprostszy z możliwych i typowy dla bajek/baśni. Pozbawiony trudnych słów, a pobudzający wyobraźnię. Dlatego niby dla najmłodszych, ale dosłownie każdy mógłby przeczytać tę historię. Nie wymaga od nas niczego, poza odegraniem w głowie, po raz kolejny "Pięknej i Bestii", tyle że tym razem, z innej perspektywy.
    Wszystko zaczyna się od momentu, w którym Bella miała pojawić się na obiedzie z Bestią. Odmówiwszy, Bestia wraca pamięcią do czasów sprzed przemiany w kudłatego stwora. Tu zaczyna się cała historia. Pojawiają się 4 wiedźmy - siostry. Spośród nich jedna udaje córkę świniopasa, z którą Książę (dzieci nie zwracają uwagi, ale dlaczego Książę nie ma imienia?) się żeni. Gdy dowiaduje się o pozycji jednej z sióstr, gardzi nią i pokazuje swój prawdziwy charakter. Wtedy wiedźmy rzucają klątwę, która postępuje z czasem. Pojawia się kolejna wybranka, której miłość ma uwolnić od klątwy, lecz nieodwzajemniona sprawia, że klątwa postępuje jeszcze szybciej. Książę kudłacieje zamyka się w zamku, wiedźmy psocą i powracamy do momentu, gdy Bella "Nie chcę jeść? To nie będzie jadła w ogóle". Okazuje się, że kolejne losy, czyli napaść wilków na Bellę, tęsknota za ojcem, próba zabrania Maurycego do wariatkowa i w końcu natarcie Gastona na Bestię to wyniki zabawy wróżek.
    Poznajemy jednak dobre serce jednej z wiedźm, niegdyś wzgardzonej przez Księcia. Ta, koniec końców, przyczynia się do odmiany rannego Księcia.
W bajce pojawiają się smaczki, których nie łatwo się spodziewać. Na sam początek przyjaźń Księcia z Gastonem. Zostaje zapomniana w skutku postępującej klątwy. Kolejnymi smaczkami, rozbudowującymi świat Disneya i jego istnienie samo w sobie, to wzmianki o Kopciuszku, czy powiązania wiedźm z Urszulą - postacią z "Małej Syrenki". Na marginesie Urszula ma swoją historię we wspomnianej serii, niestety do tej pory nie wydano jej w wersji polskiej.
Bestia i jego prawdziwa historia to przecudowne odreagowanie od wymagających książek. Super zabawa wyobraźni dla każdego dziecka - małego i dużego!

Gatunek: Fantastyka, Fantasy, Baśń
Rok: 2014
Wydawnictwo: Dream Books

piątek, 18 stycznia 2019

Piotr Szmitke - Antylogia Metaweryzmu


   W sztuce mamy wiele kierunków, którymi chadzają artyści. Niektóre się łączą, a niektóre mają odmienne formy twórcze. Są kierunki popularne, które jako podstawa budują warsztat artysty, ale są też kierunki interdyscyplinarne, stwarzane indywidualnie. Takim kierunkiem jest, słabo dziś znany - metaweryzm. W publikacji Szmitkego ojciec metaweryzmu, odsłania nam pokrótce założenia swojego kierunku. "Antylogia Metaweryzmu", nie jest kompendium wiedzy o tym osobliwym kierunku. To bardziej broszura z podstawowymi informacjami, które mają zachęcić artystę, do wkroczenia na grunt metawery. Ta broszura ma zaintrygować artystę, unaoczniając mu, że są w sztuce takie style nienarzucające pewnych zasad i czerpiące garściami z fikcji, która sztuka operuje od zawsze. Metaweryzm bowiem, opiera się na tzw. inwazji symulakrów (patrz. post "Jean Beaudrillard - Symulakry i Symulacja"). Jest to kierunek inteligencki, odrzucający przyziemność pospólstwa. Opiera swe wierzenia na pseudonauce zwanej patafizyką. Zapewnia życie w iluzorycznym kraju metawery, gdzie nie ma polityka, za to istnieje wielość światów. 
   Metawera, jak mówi tłumaczenie pewnego zdjęcia, jest "ponad prawdą", dlatego jest to wyborny kierunek dla umysłów surrealnych, psychodelicznych twórców, fantastów, mistyfikatorów i innych pochodnych od tego szaleństw. To wszystko właśnie zamyka w sobie metaweryzm. Klamry domyka ostry humor, często absurdalność mylona przez intelektualne zapaści z grafomanią i uwielbiana paradoksalność. Ten intrygujący i osobliwy kierunek, jest sam w sobie wytworem sztuki, zatem warto go poznać, aby móc poczuć się wolnym w tym, co się tworzy. Z tego, co wyczytałem w tej "broszurze", metaweryzm taką wolność zapewnia. Co ciekawe studenci filozofii Uniwersytetu Śląskiego uczą się metaweryzmu jako jednego z przedmiotów.
    "Antylogia..." można uznać, jest tylko krótkim wprowadzeniem do poznania metawery. Myślę, że prawdziwe jej znaczenie poznalibyśmy, samemu uprawiając ten kierunek, ówcześnie zapoznając się z innymi dziełami metaweryjczyków. Na sam początek, weźmy pod lupę kolejną publikację Piotra Szmitke - "Metaweryzm". Możemy też drążyć temat u wczesnych metawerystów, którzy byli nimi nieświadomie, zanim Szmitke uchwalił swoją doktrynę. Przykładowo jest nim Alfred Jerry - autor głośnego "Ubu Króla" (swoją drogą też będę omawiał). Można też poczytać bloga, z dużą ilością metawerystwa - http://patafizyk.blogspot.com/ , gdzie zapewne poszerzymy wiedzę o nadmienionym zjawisku. Ostatecznie możemy zajrzeć do Konsulatu Monarchii Metaweryzmu, w Krakowie, gdzie zapewne dowiemy się czegoś o tym kierunku. W publikacji stykamy się także z wierszami twórców metawerskich oraz z fragmentami sztuk pisanych przez Piotra Szmitke. Specyficzna atmosfera dzieł daje nam odczuć, o co właściwie chodzi. Zatem nakłaniam do zapoznania się z ponadprawdą, szczególnie tych, którzy mają dość popkulturowego massartyzmu i sami czują w sobie boską cząstkę artysty. Bo cytując pierwszy punkt dużej konstytucji manifestu metaweryzmu:
"Kochaj twórcę jak siebie samego,
oddawaj się twórcy bez zbędnego oporu,
szanuj go bo zostałeś przez Niego wymyślony."

Gatunek: Sztuka
Rok: 1994







poniedziałek, 31 grudnia 2018

Miguel de Cervantes y Saavedra - Przemyślny Szlachcic Don Kichote z Manczy

 

    Zaiste była to najbardziej mecząca powieść, z jaką miałem do czynienia (nie pamiętam częstotliwości, jaką męczyły niektóre lektury szkolne, dlatego nie porównuje). Nie tyle męczyła co była nudna i ciężka do strawienia. Nie wiem, czy to kwestia tego, jak pisano w tamtych czasach (a Kichot powstawał na przełomie XVI i XVII wieku), ale przygody rycerza smętnego oblicza to przydługa powieść, do której przebrnięcia potrzeba cierpliwości.
   Nie chcę też robić przydługiej opinii, dlatego załatwię to jak najszybciej. Don Kichot to satyra. Pełna absurdu i romantyczności niczym w hiszpańskich telenowelach. Przypadek? Rzecz dzieje się w Hiszpanii, a powieść jest tak przydługa, że gdyby zekranizować słowo w słowo, powstałby tasiemiec. Postaci Don Kichota nie trzeba nikomu przedstawiać. Tak mi się wydaje. Jest to najsławniejszy rycerz wszech czasów światowej literatury. Takim też się mieni na kartach powieści.
   Jedyny fenomen tej postaci to szaleństwo, jakie nim zawładnęło po przeczytaniu stosu książek o rycerskości. Fakt, faktem nie da się tego odbierać na poważnie i zakrawa jedynie na satyrę, jeśli taka literatura może przewrócić człowiekowi rozum na tyle, by samemu stać się rycerzem i wszystkich dookoła, mówiąc kolokwialnie, wkręcać w ten wybryk umysłu. Niedowierzaniem też staje się działanie spotkanych na drodze bohaterów, którzy ze swej próżności i dla rozrywki, bawią się kosztem Don Kichota, reżyserując napotkane sytuacje, tak jakby miały miejsce w prawdziwym świecie rycerzy.
   Interpretacji jest mnogość, a jednak Don Kichot i Sanczo Pansa stali się logiem iluzji, życia w zakłamaniu, fałszu i fikcji. Ze swymi wiatrakami i wyobrażeniami o niezaprzeczalnie pięknej Dulcynei, każą nam zastanowić się, czy aby, pomimo ciężkiej lekturze, każdy z nas nie jest przypadkiem takim jak Don Kichot czy Sanczo Pansa.
   Ze stylistycznego punktu widzenia powieść jest pisana trudnym językiem. Osobiście lubię, gdy lektura jest pisana archaicznym językiem, gdyż ma to swój niepowtarzalny klimat, jednak w tym przypadku jest bardzo męczący. Ładny, ale męczący. Opisy moralnych problemów i prawdziwych wartości są także jednym z ciekawszych elementów powieści. Czytanie ich tworzy obcym poruszanie w dzisiejszych czasach tematów takich jak cnota, miłość, sprawiedliwość czy wolność. W tamtych czasach inaczej na to patrzono, jednak prawda o tym pozostaje w tych słowach i dla nas "ludzi postępu" stają się one staroświeckim myśleniem. Jeśli chodzi o fabułę, trudno określić czy takowa istnieje, czy nie. Chodzi tu bowiem o przygody pomylonego człowieka, któremu wydarzenia potwierdzają, iż nie jest pomylony. Nie mniej jednak idzie się pogubić. Zbyt dużo postaci pojawia się przez ponad 1000 stron, przy dwóch, pięciuset stronicowych tomach. Cervantes był świadom, jak słaba jest jego twórczość co zresztą sam piszę w omawianym przeze mnie tytule. Robi sobie przytyki co do nudności, bezsensu, a także widocznemu przedłużeniu historii. W jej powstaniu był także niejaki Avalenda z Tordesillas, który rzekomo także pisał o Don Kichocie. O nim Cervantes także wspomina w swej powieści. A do tego dochodzi trzeci ojciec Don Kichota - Sidi Hamet, który pierwotnie pisał o błędnym rycerzu.
   A więc pomieszanie z poplątaniem we wnętrzu trudnej powieści kończy się śmiercią głównego bohatera. Ta śmierć nie ma przyczyny. Wcale nie jest heroiczna, jak przystało na rycerza. I jeśli mam być szczery ten koniec nie wzbudza żadnych uczuć, jeno po zamknięciu ostatniej strony wykrzyczymy:
"NARESZCIE KONIEC!"
Jeśli tak wyglądały historie o rycerzach, których naczytał się Don Kichot, to ciekaw jestem co w rzeczywistości musiałaby mieć w głowie potencjalna postać historyczna, na której wzorowałby się Cervantes, Avalenda czy Hamet. Marnotrawstwo druku, czy prawdziwy powód do spalenia takich ksiąg?
   Czy warto zma... przeczytać?
   Niech każdy zdecyduje sam, bo cytując autora:
"nie ma bowiem książki tak złej, która by nie zawierała czegoś dobrego".

Gatunek: Satyra, Literatura Hiszpańska, Powieść Łotrzykowska
Rok: 1605-1615

środa, 5 grudnia 2018

Jean Baudrillard - Symulakry i Symulacja


 
   Dalekim od zrozumienia jest pierwsze zetkniecie z ową pozycją. Drugie mówi nam już więcej, ale i tak trudno przyswoić sobie przekaz, jakim karmi nas zjawisko symulakru. Trzeba zaznaczyć, że ta książka nie jest na raz! Trzeba przeczytać ją kilkukrotnie. Filozofia właśnie taka jest, a składnia zdań autora jak najbardziej fachowa i jeśli nigdy nie interesowała Cię filozofia, to możesz sobie podarować ten tytuł. Naprawdę. Będziesz się męczyć. Dużo trudnych słów, których nawet nie znają słowniki, sprawia, że czytamy coś nie z tego świata. A czytamy o nie tym świecie.
   Symulakry odnoszące się do teorii symulacji są elementami świata, który sami tworzymy, podczas gdy tych elementów nie ma. Wydarzenia, zjawiska popkulturowe, władza, religia, magia, nauka, seks, aspekty sztuki - to wszystko jest symulakrem. Jest to żywotne, jednocześnie uśmiercając się. Baudrillard w swym przedziwnym dziele nie raz powtarza, iż jesteśmy symulakrem i żyjemy w otoczeniu symulakrów. Podaje wiele przykładów, opierając się często na matematycznych prawdopodobieństwach, co jest stosowane w strategii kłamstwa, a zatem fikcji, a także symulakrów, czyli czegoś, co jest rzeczywiste, ale nie realne.
   Pozycję tą można skomentować jednym zdaniem: "rzeczywistość nie istnieje" - istnieje hiperrzeczywistość, która jest symulacją i zlepkiem kilku symulakrów. Książka daje do myślenia i bardzo łatwo wpada do rąk miłośników "teorii spiskowych". Tytuł ten stał się bazą dla Wachowskich przy tworzeniu "Matrixa". Według autora twórcy filmu jednak błędnie zrozumieli pojęcie symulakrów. Czytając "Symulakry i Symulacje" można w łatwy sposób dojść do tego, że jesteśmy stale okłamywani. Nie da się w prosty sposób streścić książki, a tym bardziej wytłumaczyć komuś czym jest symulakr. Należy sięgnąć po tę książkę aby się tego dowiedzieć, a zapewne każdy inaczej to zrozumie. Nie da się ukryć, że jest to trudna lektura, lecz jeśli czujesz się okłamywany i szukasz sensu na tym świecie poczytaj "Symulakry i Symulacje", a nuż coś Ci się rozjaśni.
   Koncepcja autora zakłada brak sensu, przy natłoku informacji, ale krocząc po konstrukcjach Beaubourga, z symulakrem w postaci tej książki, łatwo przekonać się o holograficznej naturze naszych światów, które zamykamy w "laboratorium praktykowania fikcji". Tym sposobem każdy z nas na swój sposób poznaje znamiona znaków i modeli, od których jesteśmy uzależnieni. Jeśli w jakimś stopniu zrozumiałeś stanowisko Beaudrillarda i nie zdruzgotało Cię ono w dosłownym rozumieniu symulacji, z czystym sumieniem możesz powtarzać wszystkim, że - rzeczywistość nie istnieje!

Gatunek: Filozofia, Etyka, Psychologia, Socjologia
Rok: 2005 (1981)
Wydawnictwo: Sic!

wtorek, 20 listopada 2018

Stephen King - Joyland



   King to bezprecedensowy nastrajator przerażenia. Wie to każdy, kto w literaturze grozy szuka jakiejś rozrywki. Tymczasem "Joyland" jest jakby odejściem od tego, do czego "Król" nas przyzwyczaił. Jeśli szukamy powyższego przerażenia - tu go zdecydowanie nie dostaniemy. "Joyland" z półki horroru, powinien zostać przeniesiony co najwyżej na półkę 'Kryminał', jak nie 'Kryminał Obyczajowy'. W mojej ocenie ta pozycja jest tą z najsłabszych w dorobku Kinga. Jednak jeśli przetrwasz retardacje, różne zabiegi retrospekcyjne i umiesz wytrzymać do końca powieści, gdzie dopiero coś się dzieję - to "Joyland" Ci się spodoba.
    Napisana w pierwszej liczbie pojedynczej historia Devina Jones'a to ciekawy zabieg, bo czytamy to, jak relację ze wspomnień bohatera. Niektóre teksty ozdabiające rzeczywistość, nie odbiegają od stylu Kinga i chociażby dlatego przyjemnie się czyta. Nie da się za to ukryć, że w "Joylandzie" prawie nic się wyjątkowego nie dzieje. Fabuła opiera się na historii morderstw, sprzed lat, w których młode dziewczyny ginęły podczas pobytów w Strasznym Dworze - atrakcji dostępnej na terenie parku rozrywki Joyland.
    Główny bohater - Devin, na własną rękę, chce rozwiązać zagadkę. Kim jest zabójca dziewczyn, na czele ze straszącą rzekomo w Strasznym Dworze, Lindą Gray? Można by tym właśnie zdaniem, opisać fabułę powieści, bo reszta to jakby czytać o perypetiach, nieszczęśliwie zakochanego chłopaka, zaczynającego pracę w parku rozrywki. Zwroty akcji typu przepowiedzenia przyszłości przez Madame Fortunę jest znaczące częściowo, aczkolwiek długo się rozkręca. Dwie postacie, spośród których jedna będzie mieć dar widzenia, a druga nic nie wniesie do historii (poza figurą bohaterstwa), podtrzymują te perypetie. Spotkanie postaci z darem widzenia pomoże bohaterowi w utracie dziewictwa i pomoże nam w dotarciu do sad endu. Powieść ma smutny koniec. Kryminalna zagadka natomiast wydaje się wątkiem pobocznym, lekko udekorowanym jakimś stopniem grozy. Nikłym, prawie niezauważalnym. Zagadka zostaje odkryta dzięki pomocy przyjaciół i trzeba przyznać, że zagadka została skonstruowana w taki sposób, że jak czytelnik nie kupi się na dotarciu z bohaterem, do zabójcy Lindy Gray, nie domyśli się, kto nim był.
   "Joyland" jest zapychaczem czasu. Pomimo braku jakiejś akcji, umiejętności pisania, Kingowi nie odmówimy. Jeśli szukasz emocji, jakiś absurdalnych wydarzeń, czegoś wciągającego, to niestety "Joyland" Ci tego nie da. Chociaż w domyśle miał sprzedawać rozrywkę, jak mawiał właściciel parku, to książka tego do końca nie odzwierciedla. "WEJDŹ, JEŚLI SIĘ NIE BOISZ!" - brzmiał napis nad fasadą Strasznego Dworu. Ten sam napis widnieje na okładce "Joylandu". Niestety straszności tego dworu mi bardzo zabrakło i się sporo rozczarowałem.

Gatunek: Horror?, Kryminał, Obyczajowy
Rok: 2013
Wydawnictwo: Albatros / Prószyński & s-ka / Kolekcja Mistrza Grozy

niedziela, 11 listopada 2018

Graham Masterton - Muzyka z Zaświatów

   Nasz przyjaciel (bo tak o swoich czytelnikach mówi Graham Masterton: "Przyjaciele") jest jednym z najwybitniejszych autorów tych czasów, którzy potrafią oddać klimat grozy. Udowodnił to nie raz. Ale "Muzyka z Zaświatów" to jedna z najlepszych jego powieści. Tak odczułem, gdy zmagałem się z kolejnymi zagadkami, które odsłaniała powieść. Chociaż szło się domyśleć kto mógł być kim albo co oznaczały różne wizje, to chciało się przeczytać, jak autor to ujawni.
   W opowieści nie ma chyba żadnego nudnego elementu. Wszystko dzieje się  szybko, ale płynnie. Pojawiają się zagadki, które zaczynają irytować nas wraz z bohaterem. Tyle że nas wciągają, a bohater z każdą następną zagadką ma dość. Nie ma żadnych przedłużonych opisów, a sama fabuła wciąga.
   Wyobraźcie sobie, że jesteście kompozytorem muzyki filmowej. Nic wielkiego - tworzycie melodie i piosenki do reklam i seriali. Wprowadzacie się do nowego mieszkania, w budynku zamieszkałym przez osobliwych ludzi. A pierwsza osoba, jaka przeszywa was spojrzeniem, to żona sąsiada i macie z nią romans. Z tą samą kobietą wyjeżdżacie wkrótce do Sztokholmu. Widzicie rzeczy, których nie ma, tracicie przez to rozum i nic z tym nie możecie zrobić. Następnie wyjeżdżacie do Londynu, gdzie znów widzicie rzeczy, których nie ma. Tak do trzech razy sztuka i w Wenecji, po małej sprzeczce z kochanką, to samo. W końcu okazuje się, że mąż kochanki to właściciel mieszkań, w których przebywaliście we wspomnianych miastach, a ich mieszkańcy już dawno nie żyją.
   Prawdziwą grozą nie są tutaj te odkrycia, lecz wizje, którymi nękany był Gideon Lake - główny bohater, zakochany w kobiecie, która także okazuje się duchem. To ten duch uświadamia bohatera o jego niezwykłym darze. Dzięki swej wrażliwości na muzykę jest w stanie zobaczyć rzeczy spoza innych światów i czasoprzestrzeni. Zobaczy, w jaki sposób zostały zabite ofiary Victora - męża jego kochanki i właściciela firmy Penumbra, zajmującej się sprzedażą nieruchomości. Zobaczy jak niespokojne dusze, będą rozliczały sprawiedliwość z drugiego świata. Jednocześnie pomogą mu uwolnić przyjaciółkę z rąk szczwanego sąsiada. Te właśnie wizje okażą się prawdziwą grozą, która wystraszyłaby każdego, lecz nie tego, który czuje muzykę.
   Od pierwszego rozdziału otrzymujemy zagadki, które wciągają nas w rytm powieści z nut wygrywanych przez umarłych. Od nich bohater otrzymuje wskazówki. Jak realnym wydają się spacery z martwą kochanką, kończące się w łóżku? Czy sąsiadka, czekająca na swego przyjaciela malarza jest stuknięta, czy może ma ten sam dar co Gideon? Tego dowiecie się z lektury, bo "proste odpowiedzi zwykle nie mówią prawdy. Albo mówią nie całą prawdę... a wskazówki pozwalają samemu podejmować decyzję". Do Ciebie należy decyzja czy sięgniesz po "Muzykę z Zaświatów".

Gatunek: Horror
Rok Wydania: 2009
Wydawnictwo: Albatros