piątek, 19 lipca 2019

KOMIKSÓWA: #2 Marvel Komiks - Spiderman, Hulk i Iron Man

   W dobie boomu na superbohaterstwo mające swe apogeum, dzięki premierze filmu "Avengers: Endgame", komiksy o superbohaterach stały się nieodłączną częścią popkultury. Tę koniunkturę poczuło wydawnictwo Egmont i miesiąc temu postanowiło wypuścić nową serię komiksów dla młodszego czytelnika 8+. Dzisiaj miłośników komiksów spotkamy w każdym wieku, a najlepiej zaszczepić comiclove dziecku. Nie oszukujmy się, to komiksy, od zawsze były naszą pierwszą lekturą. To na komiksach uczyliśmy się czytać. Co prawda nowe Marvel Komiks jest już dla czytelnika, który potrafi czytać płynnie, niemniej komiks jest dla każdego, a wszyscy lubimy poczuć się młodziej. Ja przeczytałem, troszkę odmłodniałem i oceniłem tak...




    Z tego, co do mnie dotarło, seria nie spotkała się z przychylną opinią. Nie da się ukryć, jest to dojenie kasy i pewnie seria nie ma najmniejszego sensu. Aczkolwiek 112 stron za jedyne 14,99 to dostatecznie dobra opcja, żeby zaznajomić swoje dziecko z najsławniejszymi bohaterami. Co miesiąc mają pojawiać się kolejne numery, dzięki czemu, nawet jeśli nasza pociecha zachwyci się tym komiksem, to nie odczujemy po kieszeni, gdyby chciała kolekcjonować serię.
    Pierwszy numer zawiera w sobie dwa zeszyty Marvel Adventures Super Heroes, dwa zeszyty Marvel Adventures Spider-Man oraz jeden zeszyt Marvel Adventures Avengers. Jeśli chodzi o podsumowanie tego zbioru, można się spodziewać dobrego humoru. Szczególnie w zetknięciu ze Spider-Manem. Parker po włożeniu kostiumu staje się istnym kawalarzem i mógłby spokojnie próbować sił jako stand-uper.
    Najlepszym co się pojawiło w pierwszym numerze serii to
zdecydowanie zeszyty ze Spider-Manem. Akcja nie pojawia się znikąd jak w przypadku Super Heroes, gdzie Spider, Hulk i Iron Man wykonują jakieś absurdalne misje, które może i są zabawne, ale wymagające dziecko też chyba nie kupi tych wydarzeń. Oba zeszyty solowego pająka są ze sobą spójne - problem rodziny mafijnej Torino i nagonka na Spider-Mana o jego rzekomej przestępczej działalności. To się czyta i ogląda przyjemnie, tym bardziej że zachowano typowo kreskówkowe rysunki. Co do Avengers zawartych w numerze do kreski nie ma się co przyczepić, ale jeśli chodzi o całokształt to zdecydowanie nawalanka. Jedyną fabułą, jaką możemy się doszukać to problem podziękowania Avengersom za służbę. Rząd chcę zastąpić superbohaterów Ultronem, ale przewidywalnie coś poszło nie tak i grupa bohaterów musi dosłownie rozgromić armię Ultrona. Przez cały komiks tylko o to chodzi. Avengers akurat to nawalanka sama w sobie od zawsze, ale fabuła zawsze miała swoje miejsce nawet pomiędzy rozwałką. Niestety tutaj tego nie użyczymy.
    Nie da się więcej napisać o tej serii poza tym, co jest namacalne i nie trudno zauważyć. Seria, jako że skierowana do 8+ nie jest wymagająca i uważam, że dzieciakom się spodoba. Marvel Komiks nawet nie jest wymagający, jeśli chodzi o koszt, dlatego będę śledził serię i swoje kolejne spostrzeżenia będę uaktualniał. Już jutro (20.07.2019) w salonach drugi numer tej serii i tym razem powinno być ciekawiej, gdyż w większości będzie poświęcony Spidey'mu. Jeśli to okaże się bardzo dobry numer, opiszę drugi numer jako część drugą wpisu o Marvel Komiks Egmontu. Tymczasem jeśli jeszcze nie sprawdziliście tej serii, może jeszcze znajdziecie pierwszy numer w Empikach i ocenicie sami. Nic nie tracicie tak naprawdę. Dzieciaki też się ucieszą, więc jak nie masz pomysłu na prezent dla pociechy - to jest dobra alternatywa. 



Gatunek: Superbohaterski Sci-Fi
Rok: 2019
Wydawnictwo: Egmont


sobota, 22 czerwca 2019

Ken Kesey - Lot nad Kukułczym Gniazdem


  Myślę, że tę pozycję można spokojnie zakwalifikować do klasyki światowej literatury i nie będzie to stwierdzenie na wyrost. Na podstawie powieści powstał film, który zdobył większą popularność niż książka. Wydaje mi się, że tak naprawdę mało kto wiedział o istnieniu książki. Wypadałoby zatem dodać, iż tak samo, jak film, książka jest rewelacyjna. To książka z tych, do których będziemy często wracać. Kategorii wiekowej nie ma co ustalać, bo trzeba by ustalić 16+, natomiast książka ma bardziej trafić we wnętrze czytelnika, niż w to, czy czytelnik ma odpowiedni wiek do tej lektury. Wiadomo, nie damy tego przeczytać dziecku dziesięcioletniemu przykładowo, ale to już kuriozum. 
  W dramacie głównego bohatera i jego towarzyszy, dostrzegam metaforyczny manifest przeciwko władzom, systemowi i sztywnym zasadom postępowania rutynowego. Wołanie do świata, który jest jednym wielkim psychiatrykiem, o odejście od manipulacji i wmawiania nam, jacy jesteśmy, podczas gdy jesteśmy tylko inni niż ogół... bardziej wyjątkowi. Ta książka jest dobrym towarzyszem podczas wewnętrznych konfliktów. Czytając ją podczas własnych psychicznych zmagań, nie zatapia nas w nich jeszcze głębiej, za to rozumie nasze rozterki i pozwala zapomnieć o świecie, który nas przytłacza. Zamykamy się z bohaterami szpitalnego kombinatu i czujemy pewną ulgę.

* UWAGA LEKKI SPOILER *

   Ulgę przynosi McMurphy który w książce jest przedstawiony jako bohater opowieści wodza Bromdena. Zatem Wódz jest narratorem i trzeba przyznać wyśmienitym, prosto wyznaczającym nam akcję. McMurphy wprowadza chaos do szpitala psychiatrycznego, w którym panują totalitarne rządy siostry Ratched. Wielka Oddziałowa, jak się okazuje, wcale nie pomaga swoim pacjentom a raczej utrzymuję ich nieuleczalne dolegliwości. Wprowadza zasady i trzyma w ryzach machinę, która obraca się ciągle w ten sam sposób. Pacjenci nie mają żadnych atrakcji, poza terapią grupową, która pogłębia ich niedowartościowanie. Gdy pojawia się rudy szuler zawadiaka - spec od zepsucia i niemoralnych atrakcji, dochodzi do wojny pomiędzy nim a Wielką Oddziałową. To on dostarcza pacjentom prawdziwej zabawy, uśmiechu a przede wszystkim odkrywa, że zamknięci tu pacjenci nie są bardziej niebezpieczni i stuknięci od tych ludzi, którzy chodzą wolno poza murami szpitala. 
   Randal McMurphy dostrzega prawdziwą naturę każdego pacjenta. Odkrywa, że uznawany za niemowę pan Bromden potrafi mówić i słyszy. Zdobywa popularność dzięki umiejętności dostrzegania człowieka w prawdopodobnie chorej osobie. Wyprowadza z równowagi cały personel  z siostrą Ratched na czele, jednak koniec końców niewygodny pacjent, po urządzeniu sobie imprezy z prostytutkami w samym środku szpitala psychiatrycznego, zostaje wysłany na lobotomię. Operacja robi z niego bezmózgiego zombie a władze szpitala znów stają się bezkarne. 
   Ostatnie strony nas uwalniają od despotycznej władzy szpitala, podczas gdy Bromden przekazuje nam meritum wolności. Zabójstwo odmóżdżonego przyjaciela, by pozbawić go cierpień i ucieczka samego Wodza. Ucieczka jedynego pacjenta od nieludzkiego podejścia, rzekomo, służby zdrowia. Nie ma co udawać wariata, bo będą Cię za takiego uznawać i takiego będą Cię traktować. Prawdziwi szaleńcy jednak chodzą wolno po ulicach, a my musimy się im sprzeciwiać. Kesey stworzył niesamowitą powieść, która zdobyła mnóstwo serc. Mimo iż powstawała, w czasach badań autora nad środami psychomimetycznymi, jest jedną z najbardziej rzeczowych powieści. Jedna z dwóch powieści w dorobku autora. Czy i autora dopadła wyższość naszego ziemskiego psychiatryka, że rzucił pisanie?

Gatunek: Dramat, Obyczaj, Literatura Współczesna
Rok: 1962
Wydawnictwo: Albatros

niedziela, 16 czerwca 2019

KOMIKSÓWA #1: Stranger Things - Po Drugiej Stronie (Tom1)

    Czy ktoś z was zastanawiał się kiedykolwiek, co było jego pierwszą lekturą przeczytaną samodzielnie, ever? Otóż mogę się założyć, że 99% czytelników wskazałoby na komiks. Dużo z nas pewnie nawet nie pamięta, co czytali, po raz pierwszy, ale to na pewno był jakiś komiks. Dlatego postanowiłem rozpocząć kolejny cykl - tym razem pisząc trochę o komiksach. Sentyment do dzieciństwa mam całe życie stąd powrót do pasji sprzed "kilku "lat. Ten cykl będzie się skupiał na komiksach i mangach, a także będę w nim przedstawiał całokształty danych tytułów. Cykl rozpoczynam od kultowego Stranger Things, który znamy jako serial z Netflixa, utrzymanego w atmosferze lat 80 i rodem z powieści Stephena Kinga.



   Serial, na którego podstawie powstał komiks "Stranger Things" opiszę niebawem na swoim drugim blogu: Kinematografilia . Natomiast komiks nawiązuję do pierwszego sezonu wspomnianej produkcji. Grafika utrzymana jest w stylu starych komiksów, dzięki czemu, podobnie jak w serialu, możemy poczuć się jak w latach osiemdziesiątych. W końcu ilustracje są dziełem Stefano Martino, odpowiedzialnego za inne kultowe komiksy jak Doctor Who, czy Star Wars.

     W komiksie skupiamy się głównie na wątku Willa Byersa, który pojawił się w niewyjaśnionych okolicznościach w świecie równoległym do Hawkings w stanie Indiana. Świat ten przypomina rzeczywisty, lecz jest mroczniejszy, pozbawiony osób, które zna bohater, ba! Pozbawiony ludzi w ogóle. Jedynymi istotami zamieszkałymi równoległą stronę Hawkings są potwory z innego wymiaru, nazwane przez Byersa i jego przyjaciół Demogorgonami. Ogromne i obślizgłe, czarne istoty o głowie przyozdobionej szczękami niby rosiczki polują na młodego Byersa. Podczas ucieczki szkaradom z innego wymiaru spotyka także tajemniczą dziewczynę, której znaczenie jest większe, niż chłopakowi się wydaje. Wszystkie zmagania wystraszonego chłopca i jego poszukiwania przejścia powrotnego na jego stronę świata są zestawione ze scenami gry Willa i jego przyjaciół: Dastina, Lucasa i Mike'a w grę "Lochy i Smoki". Zmagania te mają przedstawiać potyczki bohaterów w świecie fantasy zwizualizowane przez ich wyobraźnię. Nie mają pojęcia jak realne było zagrożenie zesłane na Willa, podczas gdy, w grze zaatakował go Demogorgon. Will w końcu zostaje odnaleziony przez najbliższych i budzi się w szpitalu. Pytanie tylko, czy świat Demogorgonów istniejący po drugiej stronie, zostawił za sobą? 























   Komiks swoją premierę miał dokładnie miesiąc temu (15 maja 2019) i dla fanów serii jest pięknym trofeum na półce, jak również powrotem do początków serii. Czytając go, można poczuć się jak podczas oglądania pierwszego odcinka. Pozycja jest także pięknym prezentem dla fanów przygotowującym do premiery trzeciego sezonu. Natomiast my uraczeni już pierwszym tomem możemy z niecierpliwością wyczekiwać serialu a w przyszłości... drugiego tomu? 



Gatunek: Horror Science Fiction
Rok: 2019
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie / Dark Horse Books


środa, 12 czerwca 2019

Howard Phillip Lovecraft - Zew Cthulhu



   Nie trzeba chyba ponownie wysławiać wydawnictwa Vesper za powołanie do życia zbioru najważniejszych opowiadań Lovecrafta. Jest to oczywiste i kochamy to wydawnictwo za pieszczenie naszych nerdowskich pasji. Trzeba za to wiele dobrego powiedzieć o tym wydaniu. Półka z tym wydaniem nigdy już nie będzie taka sama. Splugawiona najwybitniejszą grozą fantasy powinna kusić każdego. Kult Cthulhu wyznawany przez fanów gatunku bez tego zbioru jest niczym katolik bez swego Pisma Świętego. 
   "Zew Cthulhu" to prawdziwy pakiet startowy wprowadzający do mitologii Lovecrafta i całej jego twórczości. W wielu rozmowach, przekazach i odpowiedziach na zapytanie "od czego zacząć?" potwierdza się, że znajomość Lovecrafta zaczyna się od "Zew Cthulhu". O tym też mówi posłowie Mateusza Kopacza zawarte w wydaniu wydawnictwa Vesper. W tym posłowiu zapisana jest też mini instrukcja jak czytać Lovecrafta, a właściwie, po co sięgnąć dalej. Owo posłowie mówi też, na co uważać i jak rozumieć autora. Prawdy o Lovecrafcie już się nie dowiemy i wszelkie interpretacje zawsze będą przychylne sobie. Tak się dzieje, gdy mówi się o znawcach. Posłowie ostrzega przed pseudo znawcami, jednak uważam, że każdy powinien poznać Lovecrafta na swój sposób, sięgając po wszystko, co możliwe i dopiero po zapoznaniu się z tym wywnioskować i połączyć to, co się da w jedno.
    Prawdziwego Lovecrafta spotkamy już jedynie w jego dziełach. Nie będę natomiast zaprzeczał temu, że najlepiej poznamy go z jego listów. Wracając do zbioru "Zew Cthulhu", jako początku przygody z Lovcraftowością trzeba nadmienić, że autor posługuje się specyficznym językiem. Mocno archaicznym i wystosowanym. Wydaję mi się, że nie każdemu taki język podejdzie. Ma on swój urok i nadaje dziełom tajemniczości i oddaje koncepcyjnie atmosferę epok zawartych w opowiadaniach. Przygotujcie się więc nowi adepci Kultu Cthulhu na staroświecki naukowy język. 
    Pięć najważniejszych opowiadań H.P. Lovecrafta wprowadza do kanonu mitologii Cthulhu i tyle można o tym zbiorze powiedzieć. Gdyby streścić każde z opowiadań czytelnik straciłby świeżą reakcję i zrodziłoby to uprzedzenia dla wyobraźni. Z własnego doświadczenia, niczym Lovecraftowski naukowiec wertujący stare księgi, z tego zbioru mogę najbardziej polecić tytułowy "Zew Cthulhu". Opowiadanie to jako najpierwsze w zestawie zakrzewia nam jakiś klimat naukowej przygody ze starożytnościami sprzed eonów. Odkrywamy zatajoną gigantomachię sprzed czasów zanim człowiek kroczył po ziemi. Kolejne strony zapierają dech w piersiach, gdy zestawimy fikcję Lovecrafta, z tym co prezentują nam programy typu "Starożytni Kosmici". Najbardziej wpływającym na wyobraźnię, moim zdaniem, jest opowiadanie "Zgroza w Dunwich". Czytając ten tytuł, wyobraźnia prowadzi nas na swe granicę, aby zwizualizować plugastwa i sodomię opisywaną lub sugerowaną w tekście. Jeśli szukacie dreszczowej historyjki do ogniska, "Zgroza..." nadaje się do tego idealnie. Natomiast najbardziej zastanawiającym tekstem jest "Kolor z Innego Wszechświata". To prawdziwie zagadkowy tekst fantastyczno naukowy o "zjawiskach" nie z tej ziemi, nie z tej galaktyki, kto wie z jakich okolic kosmosu. Wyobrażenia są niepewne, a ich opisy nienazwane, zatem tajemnica zostaje z nami do ostatniego słowa. 
    We wspomnianym posłowiu, swoją drogą zwięźle napisanym, dla mniej bystrych takie mikrostreszczenia - naprowadzenia na niezrozumiałe kwestie, są wyjaśnione. Wielu czytelników długo zabiera się za zapoznanie z prozą Lovecrafta. Dziś bardzo łatwy dostęp do każdego poziomu jego twórczości daje nam Vesper. Udekorował ten tort wisieńką "Zewu Cthulhu" upiększonej ilustracjami Krzysztofa Wrońskiego. Ta księga rozpocznie twą przygodę z grozą fantasty naukowego, dającego podwaliny wielu dzisiejszych twórców science fiction. Od tego zbioru zaczęła się nie tylko legenda Lovecrafta!

Gatunek: Horror, Fantasy, Weird Fiction
Rok: 2019 / 1928
Wydawnictwo: Vesper

niedziela, 26 maja 2019

Jakub Żulczyk - Ślepnąc od Świateł



   Zazwyczaj omijam thrillery i powieści o tematyce gangsterskiej. Jakoś nigdy mnie nie ruszały. Jednak, gdy mamy do czynienia z Jakubem Żulczykiem, możemy odłożyć swoje zwyczaje i ignorowanie popularnych książek. Ten autor to arcymistrz słowa współczesnego i opisów naszej spieprzonej rzeczywistości. Pisarze to w większości kuglarze fikcji, zmyślający najbardziej niepowtarzalne i niebywałe rzeczy, po to, aby człowieka oderwać od realności. U Żulczyka fikcją możemy nazwać tylko jego bohaterów. Ich fizyczność nie istnieje, natomiast konstrukcja charakterów, historie życia tych bohaterów moglibyśmy znaleźć nawet na sąsiednim osiedlu. Wszystkie wydarzenia, relacje i myśli mają swoje rażące odbicie w naszej rzeczywistości. 
   Jesteśmy oślepieni światłem, o którym piszę Jakub Żulczyk. Te światła to realizm zawarty w powieści, a raczej pamiętniku głównego bohatera. Ślepniemy dlatego, ponieważ znamy takie sytuacje z ulicy. Z naszej ulicy. To nie jest dla nas nowość, a jednak czujemy się, jakbyśmy słyszeli relacje jakiegoś kryminalisty. Znamy to, bo "Ślepnąc od Świateł" jest jak zbrutalizowany "Dzień Świra". Kto nie miał do czynienia z kimś takim jak Jacek - bohater "Ślepnąc od Świateł" - nie będzie wiedział, o czym mowa. Być może autor nieświadomie opisał jakiś skrawek realnego, bandyckiego półświatka, ale bardziej wydaje mi się, że ta realność była celowa. Dlatego bardzo trudno pisać o czystej fikcji u Żulczyka. 
   Degrengolada, ćpalnia i brutalność ukazana w miejscu akcji, istniejącym realnie i jakim jest Warszawa, zapewne nie wiele odbiega od rzeczywistości i może być podkoloryzowana, ale każdy czytelnik będzie się zastanawiał, czy tak naprawdę wygląda od środka życie pseudobiznesmenów, prowadzących ciemne interesy? Gdy pytano mnie, co myślę o tej książce, odpowiadałem, że jest przerażająca. Nie chodziło mi tu o negatywny wydźwięk słowa "przerażający", a raczej o ten realizm, który de facto przeraża. 
   Jakuba Żulczyka z chęcią nazwę Markiem Hłaśko współczesnych czasów, maczającym swoje pióro w brutalnie czarnym atramencie. "Ślepnąc od Świateł" przywodziło mi na myśl "Wilka" Marka Hłaśki. Te samo miejsce akcji, tak samo opisywane życie codzienne środowiska tabu. Jedyną różnicą w tym porównaniu jest narracja personalna występująca w "Ślepnąc od Świateł", podczas gdy "Wilk" był prowadzony narracją auktorialną. Mimo to długo się będzie mnie trzymało to skojarzenie. Takowa narracja jest oczywista, gdy mamy do czynienia z powieścią pisaną w formie pamiętnika. Tu opis emocji i dogłębnych myśli bohatera, często wypierał dialogi, lecz zachowywało to mroczną atmosferę historii. W "Ślepnąc od Świateł" mamy zderzenie pragmatyzmu głównego bohatera, z jego nader dekadenckimi myślami. Kooperacja tych dwóch zjawisk czyni gangsterkę nie tak sztywną, jakby się wydawało przy tego typu tematach, a wręcz "sztywniutką". 
   Żadną nowością jest, że we wszystkim chodzi o narkotyki i pieniądze. Nieodłączne elementy życia każdego człowieka. Bo jak sam bohater twierdzi: wszyscy ćpają. Prawdopodobnie dzięki umiejętności obserwacji u autora, poprzez perypetie Jacka możemy obejrzeć życie codzienne dilera od wewnątrz. Przekomarzania z klientami. Kłopoty z nimi. Komplikacje w "biznesach". Czy w końcu niewygodne spotkania ze starym recydywistą, który niegdyś w szachu miał całe miasto. Do tego dochodzi żelazna zasada: "nie możesz ćpać, jak chcesz być dilerem!". Tylko co jeśli już przyćpie? Co można wtedy zrobić? Jak bardzo może odbić takiemu dilerowi? Co najważniejsze, jak wielkie decyzje będzie trzeba podjąć? 
    Idąc kartka w kartkę, słowo w słowo z głównym bohaterem, nie narażamy się czynnie, by odpowiedzieć sobie na te pytania. Nie mniej napięcie będzie, a sama książka wciągnie tak bardzo, że nie obejrzymy się, jak ją przeczytamy. Na tydzień z życia dilera, zaprasza nas Jakub Żulczyk. Niestety nie będzie to trip dla każdego. Jest to literatura tylko dla dorosłych. Na podstawie książki powstał serial, produkcji HBO. Przez wielu określany najlepszym polskim serialem. Scenariusz napisał nikt inny, jak Jakub Żulczyk. 
    Wszędzie światła... ale ten syf może zmyć tylko potop!

Gatunek: Thriller, Powieść Kryminalna, Literatura Współczesna, Powieść Obyczajowa
Rok: 2014
Wydawnictwo: Świat Książki

piątek, 24 maja 2019

C.S. Lewis - Aktualne Sprawy



   Wiele o tej pozycji niesposobna napisać, gdyż wiele nam ona nie odsłania. Jest bardziej ciekawostką dla fanów twórcy "Opowieści z Narnii" lub dla fanów samej serii. Istnieje taki czytelniczy fetysz, że po przeczytaniu serii, bądź jednej książki będącej opus magnum pewnego autora, chcemy poznać tego autora, jego inne publikacje, lub wejść bardziej intymnie w jego życie i poznać jego myśli. Wydaje mi się, że "Aktualne Sprawy"mogłyby rozbudzić takie czynniki, jeśli chodzi o C.S. Lewisa. Czy ta pozycja usatysfakcjonowała nasze wyobrażenie na temat ojca jednej z najpopularniejszych krain fantastyki? Otóż moim zdaniem - nie.
   "Aktualne Sprawy" to zbiór króciutkich esejów publikowanych przez autora do gazet. Eseje poruszały tematy wartościowe dla Brytyjczyka w okresie lat 1940 do 1962. To tematy z życia codziennego. Poruszane przez każdego w gronie przyjaciół i rodziny, na przyjęciach, czy w osobistych rozmowach. Bez znaczenia. Tematy czasem mogłyby się wydawać przestarzałe, ale jednak są aktualne dla każdego czasu. Te eseje są prawdziwym obliczem Clive'a. O ile po opisie z okładki książki mogłoby się wydawać, że będziemy mieć do czynienia z postawami nie z tego świata, o tyle większym rozczarowaniem jest, że poglądy autora, być może słuszne, lewitują po środku sterującego nas systemu, jednak są zbyt proste i na siłę odgradzają się od łatek, które można by przypiąć, i które autor sam sobie przypina, lecz jednocześnie stroni od nich, tłumacząc, iż to ta sama łatka, ale nie taka, jaką znacie. Lewis spogląda na świat okiem chrześcijanina, lecz odbieramy jego postawy lekko negatywnie. Nie jest tym, który tłumaczy wszystko Chrystusem (choć i takie wytłumaczenia się pojawią) i jest pomiędzy pragmatyzmem a pewnym idealizmem pozbawionym irracjonalności, często odpowiednim dla zwolenników dystopijnych. Autor wzbrania się we wstępie od czytania gazet, do których de facto pisuje te eseje. Przyznaje się do bycia zwolennikiem demokracji. Nie chodzi mu jednak o demokrację taką, jaką znamy z definicji. Trudno stwierdzić, o jaką demokrację chodzi. Największym rozczarowaniem jest zdanie autora na temat wojny. Jest on świadom i wie, do czego zmierza ludzkość. Często aprobuje prowadzenie wojen. To aprobowanie kojarzyło mi się z postawą godna Fryderyka Nietzsche. Może nie tak brutalnie i dosadnie opisaną, ale jednak powiązania pojawiły się w dziwny sposób. Wreszcie przykuwające uwagę tematy równości zaczepiające mocno na emancypacji kobiet. W mniejszym stopniu poświęca uwagę inteligentom, a raczej pseudointeligentom - jednostkom pozbawionym inteligencji. Czarno na białym opisuje rozdzielenie jednostek gorszych od lepszych. Okazuje się, że Lewis nie wychodzi poza szablon staroświeckiego myślenia i pisząc kolokwialnie wg niego: baba powinna być przy garach! Ciekaw jestem, jak dziś autor zareagowałby, na rozwijające się ruchy LGBT.
    We wstępie Walter Hooper piszę, że Lewis posiadł "zdolność do zdumiewająco jasnego i zwięzłego wyrażania tego, co chciał powiedzieć". To fakt, możemy to wyczuć, czytając "Aktualne Sprawy", nie mniej możemy wyciągnąć z kontekstu kilka zdań, z którymi się zgodzimy w stu procentach, tak z wartościowych tematów, jak i mniej ważnych. Znajdziemy też zdania, których nie spodziewalibyśmy się po takiej postaci, albo do końca nie zrozumiemy przekazanego sensu. Zdarzy się też, że myślami odbiegniemy od tekstu i przyśniemy. 
    Zapamiętajmy, że mowa tu o aktualnych sprawach, tak dla autora, jak i da nas. Czy takie spojrzenie na sprawy przez chrześcijanina jest słuszne? Tego nie możemy ocenić. Możemy za to ocenić, jak zmienia się wybitny autor pisząc o rzeczach codziennych, osobiście, a jak piszę o wydarzeniach ze świata urojonego w fantazji. Narnię kochać będziemy mimo wszystko, ale po tej lekturze, niektórzy mogą zmienić zdanie o autorze... tylko pytanie, czy to ma znaczenie? Sprawy aktualne - tak, lecz postać? 

Gatunek: Eseje, Dziennikarstwo, Publicystyka Literacka, Religia, Filozofia
Rok: 1986
Wydawnictwo: Logos

niedziela, 19 maja 2019

Alfred Jarry - Ubu Król, czyli Polacy



   Ubu, od stulecia z kawałkiem, doczekał się swojej legendy w gremium artystycznym. Prawdziwi amatorzy lub tuzi w sztuce bardzo dobrze znają dzieło Jarry'ego, które de facto po czasie, ale jednak dało mu rozgłos. Aczkolwiek z tym rozgłosem ciekawa sprawa, bo dziś prawie nikt nie pamięta, kto był autorem najordynarniejszego króla sztuk dramatycznych. Ubu bowiem w całej sztuce wydaje się mniej ciekawy niż jego autor. O autorze właśnie możemy się dowiedzieć ciekawości w komentarzu dodanym do przekładu Boya - Żeleńskiego. Dla osób pierwszy raz spotykających się z Ubu Królem, zaskoczeniem może być fakt, że Alfred Jarry napisał tę sztukę w wieku 15 lat. Pojawia się więc pytanie, jak to się stało, że dzieło nastolatka - wtedy mocno wulgarne, stało się swego rodzaju kultowe? Alfred Jarry uważany był za nietypową osobliwość. Jak to artysta, inny niż wszyscy, robiący na opak i będący kontrowersją samą w sobie. Upijający się ekscentryk, powołał do życia psudonaukę - patafizykę, która komponowała się z jego szaleńczym podejściem do życia. Zmarł w wieku 34 lat z powodu powikłań związanych z gruźlicą i alkoholizmem.
    Jego konikiem był teatr absurdu, co udowodnił przy pomocy Ubu Króla. Jego bohater w masce świni, krzyczący na samym początku sztuki "Grówno!", wprowadził w oburzenie elity, lecz rozbawił tych, którzy nie kryli się przed ostrym humorem. To, co wtedy było oburzające, dziś nas zupełnie nie rusza, niemniej absurd pozostanie absurdem. Pierwszy raz Ubu Król został wystawiony w 1896 roku. Wystawiają go do dziś. Dla jednych to szczeniacka parodia Szekspira. Dla innych coś trudnego do ocenienia. Wspólny mianownik jest w tym, iż to nie jest grzeczna książka. 
    W moim mniemaniu autor był po trosze wizjonerem. Pisał o kraju, którego nie było (powstanie Ubu Króla - 1888 rok) i przejęciu go najpierw przez dyktatora, jakiego pokazano w Ubu, a następnie przez Rosjan, którzy wygonili dyktatora z ziem nieistniejących. Przywodzi to na myśl wydarzenia z drugiej wojny światowej. Ubu Król jest przedstawiony jako groteskowy dyktator - wg pochodzenia autora trochę taki Napoleon, ale w gadce bliższy Hitlerowi. Tragifarsa pseudoszekspirowska stała się szmirą dla tych, którzy nie potrafili spojrzeć okiem mniej ułożonym w szablon i chociaż sens Ubu Króla nadal daje wiele do życzenia, pokazuje nas jako biedne ofiary popaprańców żądnych władzy i pajaców wprowadzających totalitarne rządy, usprawiedliwiając nimi swą ułomność. Alfred Jarry krytykuje tak naprawdę całą scenę polityczną, której śmieszność polega na dążeniu do władzy. 
   W końcu aby zrozumieć dobrze tę groteskową farsę absurdu należy bezapelacyjnie zaznajomić się z przedmową Boya - Żeleńskiego. Uważam, że samej sztuki, bez suplementacji jej komentarzem naszego rodaka, nie ma co czytać. Są książki, których przedmowa jest zbędna i męczy. W tym przypadku cała sztuka by męczyła bez przedmowy. Ewidentnie Jarry zrobił wrażenie na Żeleńskim, skoro ten tak profesjonalnie podszedł do tłumaczenia Ubu Króla. Mamy swoje miejsce w paryskiej bohemie od czasu, gdy jakiś zapijaczony awangardzista jako małolat napisał o nas dziwną przepowiednię i dając tym samym początek różnym nurtom artystycznym.
GRÓWNO!

Gatunek: Sztuka, Farsa, Komedia, Utwór Pseudoszekspirowski, Tragifarsa, Absurd
Rok: 1888
Wydawnictwo: Pomorze