poniedziałek, 20 stycznia 2020

Fryderyk Nietzsche - Jutrzenka. Myśli o przesądach moralnych

   W końcu pierwsza opinia w 2020. Długo mi zajęło przerabianie kolejnego materiału o moralności, który nie był typowo naukowym materiałem i o tym jak nietypowy był piszę poniżej:



   
  Niemieccy filozofowie mogą się poszczycić dużym dorobkiem intelektualnym i każdy z nich ma swoich następców tudzież sympatyków w swoim gronie niczym kiedyś filozofowie starożytnej Grecji. Tę sympatię możemy odczuć dzięki Nietzsche, gdy czytamy jego kolejne aforyzmy, w których jakby klepie przyjacielsko po tyłku kolejnych niemieckich filozofów, na Schopenhauerze kończąc. Niemniej Schopenhauer i tak lekko doznaje krytyki od Nietzsche. Natomiast najbardziej dostaje się Kantowi, co już weszło w krew każdego filozofa z Niemiec.
   Nietzsche jak wiemy, przyczynił się do powstania hitleryzmu, a właściwie jego poglądy źle zinterpretowane dały podwaliny powstaniu Trzeciej Rzeszy. Wszystkie fanatyczne poglądy, jakimi Hitler karmił swoje wojsko i wprowadzał do swego państwa, pochodzą wprost od Nietzsche.
   Czytając "Jutrzenkę" bardzo łatwo złapać kontakt pomiędzy Adolfem a Fryderykiem. Nietzsche nagminnie powtarza konteksty pojawiające się u Hitlera - rasa, bogowie, nadludzie. Często Nietzsche odnosi się do hinduskich i buddyjskich wierzeń. Podobnie Hitler z hinduskich wierzeń zaczerpnął swe logo w postaci swastyki, a także fenomenologię rasy aryjskiej. Co zapewne spodobało się Hitlerowi w sympatyzowaniu z filozoficzną drogą Nietzsche to jego mroczny i pesymistyczny styl pisania.
   W całej tej moralnej zupie, jaką nam serwuje Nietzsche, można doszukać się słuszności, podobnie jak u Schopenhauera. Różnica jest tylko w formie zapisu myśli. "Jutrzenka" to nie lektura na raz. Autor sam przyznaje, że należy tą książką się delektować, najlepiej na spacerze w ciszy i spokoju. Należy przechadzać się z tą książką niczym Hamlet po ogrodach swego królestwa i kontemplować nad każdym zdaniem. Słusznie! Bo ta książka będzie długo czytana. Nie jest to lektura, do której się nie wróci. To ciężka i wymagająca lektura, ale świetnie się ją czyta, ponieważ nie jest to sztywny naukowy język.
   Nietzsche był pisarzem doskonałym i można to zdefiniować po tym dziele. Każda myśl zapisana jest z poetyczną pieczołowitością, dlatego nad nimi dumamy, jakbyśmy czytali bardzo wciągający wiersz. Autor stara nam się przekazać, że poza filozofią istnieje jeszcze forma artystyczna, która może spoić poruszaną problematykę z wrażliwą strukturą kreatywności. Jednak pouczony przez doświadczenia i obserwacje, serwuje nam swe poglądy w mrocznej, pesymistycznej otoczce, którą można przyrównać prawie do nihilistycznej postawy, a w niektórych przypadkach, jego myśli zakrawają na solipsyzm.
   Moralizatorstwo uprawiane przez Nietzsche dla niektórych wyda się despotyczne, a dla innych słuszne, surowe i dyscyplinarne. Chociaż jego wrażliwe skłonności obnażają się przed nami, to nie ukrywa wytłumaczeń egoizmu natury ludzkiej. Nie tłumaczy jej w dosłownym znaczeniu, bo nie da się go wytłumaczyć, a raczej go ocenia i to w słuszny sposób. Nietzsche ocenia aż za bardzo, przez co jego posępność staje się oczywista. Gloryfikuje samotność i wcale nie namawia byśmy wołali do swych bratnich dusz o odnalezienie, a wręcz przeciwnie, uświadamia, że mamy się z tym pogodzić. Poprawia swych poprzedników na temat pobudek rządzących naszym moralnym postrzeganiem dobra i zła oraz wyklucza kategoryczny imperatyw Kanta. Jednak ewolucja poglądu etycznego od Schopenhauera do Nietzsche miała chyba przygotować nas do upadku moralnego, jaki panuje w obecnych czasach. Oczywiście wpływ na to miały także dalsze wydarzenia, lecz nie możemy obwiniać o to tylko Nietzsche, ponieważ o dziwo nakłaniał do miłości. Miłości, jako naturalna skłonność, nie jako przykazanie religijne. Podobnie znowuż jak Schopenhauer Nietzsche odrzuca wszelkie wierzenia popychające nas do czynienia dobra i chce wyjaśnić, że nie potrzebujemy wyimaginowanych bytów, by czynić wedle ich woli.
   To dzieło to poetyczny moralitet, lecz odbierajmy go w zgodzie ze swymi przekonaniami, zważając na błędne odczytanie tych, którym był inspiracją. To nie materiał dla badaczy naukowych, lecz dla myślicieli zagubionych w swych wyborach pomiędzy dobrem i złem. Miej zanadto pozytywnego nastawienia, by pesymizm płynący z "Jutrzenki" nie rozbudził w Tobie beznadziei.
Bo co jest bardziej moralne - prawda o chwiejności naszej natury, czy kłamstwa, by wiecznie myśleć jasno?

Gatunek: Filozofia, Etyka, Moralitet, Proza
Rok: 2010
Wydawnictwo: Visavis Etiuda

środa, 25 grudnia 2019

Piotr Abelard - (Rozprawy) Etyka, czyli Poznaj Samego Siebie

   Zgodnie z zapowiedzią w poprzednim poście będzie o książkach w tematyce etyki tudzież moralności. Tym razem sięgnąłem po coś, co nie pomogło mi racjonalnie i logicznie zrozumieć naturę ludzkiej moralności od strony zwykłych skłonności, za to od strony głębokiego średniowiecza teologicznego. Z nowym rokiem chcę wrzucić wpis o książkach przeczytanych w 2019, na które szkoda czasu. Ta pozycja powinna się tam znaleźć. Niestety wziąłem ją pod inną lupę i sens wywnioskowany, spod tej lupy muszę tu opisać.


   W poszukiwaniu naukowych pomocy do projektu o moralności natknąłem się na "Rozprawy" Piotra Abelarda. Dotąd ani ten filozof, ani ta pozycja nie byli mi znani. W rzeczonych "Rozprawach" znalazły się rozprawki teologiczne. Mnie interesowała jedynie "Etyka, czyli Poznaj Samego Siebie". Ponadto w zbiorze były jeszcze cztery rozprawki. Sam filozof pochodził z czasów średniowiecznych, natomiast egzemplarz "Rozpraw" wydano w 2001 roku za pośrednictwem wydawnictwa De Agostini w ramach serii "Arcydzieła Wielkich Myślicieli". Seria, swoją drogą, zawierała więcej tytułów znamienitych filozofów (Nietzsche, Kant, Fromm, Hume, Platon). Seria dzisiaj dostępna jedynie w internecie i w antykwariatach. Cena poszczególnych tomów waha się w granicach od 15 do 40 złotych. Ciekawostką jest, że najtańszym tomem jest właśnie ta pozycja. Cena nie przekracza nawet 10 złotych, co na książkę ponad sześciuset stronicową jest niebywałe. Wychodzi na to, że cena musi zgadzać się z wartością merytoryczną. Nie dziwne więc, że ten tytuł ma tak niską cenę, gdyż tutaj ta wartość jest niska, słaba i odpychająca. 
   Nie bez powodu mówimy o jakichś rzeczach przestarzałych lub słabej jakości, że coś jest średniowieczem. Może nie każdy był wtedy tak ograniczony, jednak średniowiecze kojarzy się trochę z ciemnotą. Ok, dziś też nie jesteśmy zbyt mądrzy, ale rzadko zdarza się, żeby jeszcze ślepo zawierzać wierze chrześcijańskiej. Abelard był także teologiem i jak przystało na tamte czasy, podpierał wszystko istnieniem Boga. Często przeczył sobie lub zawiłość jego wytłumaczeń prowadziła do wniosków niezgodnych z jego stanowiskiem. Jeśli chodzi o etykę, jest ona podpierana słowem Bożym, analizuje przykłady nieetycznych zachowań w większości poruszanych lub negowanych przez Pismo Święte, by w końcu uznać wszystko za grzech, tym samym w zawiły i mało wciągający sposób wyjaśnić problematykę grzechu. 
   Rozprawka "Etyka, czyli Poznaj Samego Siebie" ma jeden plus - jest krótka. Niemniej w połowie można stracić wątek, skupienie i co gorsza usnąć przy lekturze. Dla bardzo wnikliwego teologa może to być przydatny materiał, lecz człowiek w dzisiejszych czasach, szukający logicznych podstaw i wyjaśnień działania naszej moralności nie znajdzie tu nic ciekawego, poza tezami lekko zakładającymi hipokryzję katolików. Trzeba zresztą pamiętać, że są to poglądy średniowieczne. Dzisiaj trudno nam się z nimi zgodzić, ale można sprawdzić na czym opierały się ówczesne rozumowania moralne.

Gatunek: Filozofia, Teologia, Rozprawki
Rok: 2001
Wydawnictwo: De Agostini

poniedziałek, 16 grudnia 2019

Artur Schopenhauer - O Podstawie Moralności

   Zanim przejdę do meritum, chciałbym nadmienić, iż teraz na moim blogu pojawiać się będą książki tematycznie naukowe. Dokładnie będą to krótkie opinie w większości o filozoficznym kontekście tematyki moralnej. Jest to spowodowane poszukiwaniami źródeł do innego projektu zupełnie niezwiązanego z książkami. Chciałem jednak wykorzystać swoje blogowanie o książkach do podsumowań źródeł, do jakich będę docierał. Kto wie, może też Cię zainteresuję badaniem moralności? A może już sam poszukujesz pomocy naukowych w tym zakresie? Jeśli tak to zapraszam do czytania!



   Rozprawa Schopenhauera, o której mowa była odpowiedzią w konkursie Królewskiego Duńskiego Towarzystwa Naukowego w Kopenhadze w 1840 roku. Miała odpowiadać na pytanie: "Czy początek i podstawa moralności powinny być poszukiwane w idei moralności, danej bezpośrednio w świadomości i w innych pojęciach zasadniczych, pochodzących z tej idei, czy też w jakiejś innej zasadzie poznawania?". Bardzo rozbudowane pytanie - typowo dla filozofów i jak to z filozofią bywa lawiracje myślowe przy czytaniu takich rozpraw, nasuwają mnóstwo pytań ale i autorefleksji. Co do pytania Towarzystwa, trzeba przyznać, że było trudne dla samych myślicieli, którzy najwidoczniej zinterpretowali je po swojemu, ale nikt się nie zgłosił na konkurs poza Schopenhauerem.
   Nie udało się Schopenhauerowi wygrać, ponieważ chciał przedstawić swój system moralny. O dziwo w pewnych kwestiach słuszny, często despotyczny i dekadencki - to chyba już atut niemieckich filozofów (oczko do Nietzche). Dodatkowo chciał zaktualizować staroświecki pogląd na sprawy etyczne hejtując i mieszając z błotem "autorytety" w postaci Kanta (głównie), Platona, Hume'a i im podobnych. Towarzystwo nie było ślepe na obelgi, przez co uznano rozprawę za obrazoburczą. 
   Podobało mi się u Schopenhauera, że nie przyrównywał moralności do teologicznych, religijnych i wyznaniowych spraw co wpaja nam się od dziecka i żyję się w utartym bzdurnym schemacie. Schopenhauer stara się umotywować nam, że moralność wynika z wrodzonych skłonności, a nie z tablic zesłanych przez niewidzialny byt. Co do wyznań, Schopenhauer nie opiera swych argumentów tylko na chrystianizacji. Opisuje, iż wiele innych wyznań ma podobne zachowania etyczne, czasem takie same, ale każde wyznanie ma też swoje własne. Autor wykazuje pobudki, motywy i elementy moralności, lecz suma sumarum chcę nam chyba przekazać, że moralność w większości sytuacji i przypadków opiera się na negatywnym oddziaływaniu. Tak przynajmniej wynika z jego dekadenckich, ale chyba szczerze pragmatycznych wniosków.
   W zasadzie ta krótka rozprawka kieruje nas na poszukiwania naturalnej moralności i odrzucanie schematów, jakie powielamy z każdym pokoleniem. Poszukiwania niestety nie kończą się na Schopenhauerze i należy poznać jeszcze wiele teorii, by zrozumieć moralny upadek XXI wieku. Sięgając po Schopenhauera, zaczynamy badania chyba od środka. Aby zrozumieć jego zarzuty wobec Kanta, powinniśmy zacząć od Kanta. Natomiast żeby zrozumieć czym jest moralność, trzeba poznać więcej źródeł, a następnie, jeśli będzie to możliwe połączyć to, co poznaliśmy w całość. Bo przecież "Głosić moralność jest łatwo, uzasadnić trudno". 

Gatunek: Filozofia, Rozprawka
Rok: 1840 / 2019
Wydawnictwo: Visavis Etiuda

niedziela, 8 grudnia 2019

Jakub Żulczyk - Czarne Słońce


   Zacznę od odniesienia się do zdania jednego z użytkowników portalu lubimyczytac.pl, który 
na temat powyższej pozycji wyraził się krótko i dobitnie - "Chory bełkot". Rozumiem, że to opinia negatywna... Tak? Rozumiem, że ten komentarz miał ugodzić w serduszko pana Żulczyka niczym najostrzejsza szpada i miała to być tak negatywna opinia, by nikt nie sięgnął po tę książkę. To miała być żółć wykształconych wypluta z siłą modyfikowanego genetycznie byka, prosto w twarz prostackiego grafomana. Oczywiście szkoda też było na to więcej słów, by wygłosić jakąś konstruktywną krytykę. No ale przyznajcie jeden z drugim, że ta opinia stworzyła wręcz odwrotny skutek. Osobiście mnie tylko zachęciła. Myślę, że nie tylko mnie. Natomiast trzeba przyznać, że treść książki wbiła czytelnikom ćwieka i wystarczą im krótkie zdania, bo po prostu, no nie ma słów na to, co się odwala w tej książce. 
   A dlaczego ta lakoniczna wypowiedź internauty miała odwrotny skutek? O ile miała być czymś zasmucającym autora, a nie trollową kryptoreklamą. No cóż, żyjemy w czasach, w których pragniemy coraz więcej, coraz bardziej i im gorsze, tym lepsze. Czytelnik też potrzebuje wstrząsu poza skalą. Dlatego autorzy też muszą iść za modą - napiszmy więc coś "chorego", a każdy
 to przeczyta! No dobra, nie każdy... Ten autor już wyrobił sobie markę i większość dobrze wie,
 że każda książka Pana Jakuba jest nietuzinkowa, wcale nie prosta i czasem walcuje nasze fałdy
 na mózgu zbyt płytko. Dlatego muszę to napisać - "Czarne Słońce" zdecydowanie zasługuje
 na miano książki, która ryje banie zbyt mocno! 
   Co do mojego zdania najlepiej obrazowała je mina po każdym rozdziale, ale serio, nie jestem
 w stanie opisać swoich odczuć. Jestem bardzo zachwycony tą lekturą, ale uczucia, które
 mi towarzyszyły, mieszały się ze sobą, jak wszystkie rasy świata (już mam w sobie pokłosie
 tej powieści). Trudno się z niej otrząsnąć, a pewne obrazy, których mindfucki były naturalnym stanem rzeczy, prawdopodobnie już nigdy z siebie nie wyrzucę. Teraz tak szczerze, jeśli masz jakieś uprzedzenia, skrajne poglądy polityczne albo łatwo obrazić Twoje uczucia religijne - nie czytaj tego! A jeśli masz wywalone, albo wszystko z powyższych Cię opisuje, ale masz dystans i umiesz odcedzać, to będziesz mieć świetną jazdę! Natomiast te lekkie ostrzeżenie jest dlatego,
 że to nie książka dla każdego. Polecam ją i sami ją polecajcie, ale z rozwagą, bo nie jest to lektura dla Twojego dziadka, czy dla nastolatka (no, chyba że mają łeb na karku i wiele już widzieli - kwestia siedzenia). Powieść ta jest dla dorosłych, a ponieważ jestem wolny od jakichś politycznych i innych legislatyw, nie wiem czym, trzeba sobie zasłużyć na tytuł książki zakazanej, ale jej treść brzmi
 na gotową do wywołania skandalu. Jeśli go jeszcze nie ma, to może jednak ludzie w tym kraju myślą. 
   A o co to zamieszanie? 
   Powieść ta jest dla mnie syntezą filmów "Fanatyk" i "Więzień Nienawiści" ulokowanych w silnie spolszczonych realiach postapokaliptycznej Wielkiej Polski. Wszystko udekorowane brzydotą, patologią, błotem, syfami, wenerami, rzygami, ostrym seksem, wulgaryzmami, krwią, zabijaniem (głównie żydów, muzułmanów, i innych mniejszości narodowych). O czymś zapomniałem?... A tak! Jest jeszcze taki fajny gilgoczący humor autora z dystansem do samego siebie. 
Jeśli już Cię zniechęciłem, to chciałem też dodać, że to też powieść o miłości, przebaczeniu, zmianie, oraz wierze i religii. Mniejsza, że wszystko w krzywym zwierciadle, jak po jakimś kwasie czy innym tałatajstwie. Nie no naprawdę, do tej pory zastanawiam się, czy kiedykolwiek wiedziałem, czym
 jest miłość. Oczywiście tę powieść odbieramy jako fikcję literacką. Niemniej poruszane 
w niej sprawy są bardzo aktualne i spojrzenie w ten zdegenerowany sposób na polską przyszłość może wiele nie odbiegać od rzeczywistości. Autor na dalszych stronach informuje o odbiorze 
tej powieści w trojaki sposób. Wszystko zależy od czytelnika i jego gustu. Ja uważam,
 że aby przebrnąć przez tę historię, trzeba odbierać ja jako "dystopijne, mroczne ostrzeżenie",
 co zaznaczam właśnie dwa zdania wyżej. 
   "Czarne Słońce" to dramat psychologiczny, a nawet pokuszę się o stwierdzenie, że groteskowy kryminał, trzymający w napięciu i wciągający niczym nozdrza ćpuna. Nawet elementy retrospekcyjne z życia głównego bohatera mają w sobie sporo akcji. Otóż to! Ta powieść jest
 jak naszpikowany adrenaliną film akcji. Czytasz i czasem masz ochotę, żeby na chwilę zatrzymać akcję. Nie czytanie, ale akcję. Co do wiary i religii - pojawia się też ten aspekt. Co prawda gdzieś dopiero w połowie i od tego momentu robi się bardziej filozoficznie i dogmatycznie, jednak wciąż czujesz przytłoczenie. 
   Aby nakreślić, co się dzieje i wiele nie spoilować, to jest tak - Gruz, wychowany w patologicznej rodzinie i patologicznych warunkach, trafia na Suchego, który wprowadza go w szeregi neonazi.
 Gdy tamtejsi starsi stażem nudzą się swą "zabawą", zostają zdegradowani przez Gruza i Suchego. Od tej pory neonazistowscy kochankowie - w każdym razie są czymś więcej niż braćmi - tak, kochanków tworzy własną bojówkę, pod kryptonimem "Prawdziwy Faszyzm". Pod wodzą ludzi z wyższych szczebli wykonują ważne misje. W końcu samotny Gruz otrzymuje super ważną misję przetransportowania dwójki Irańczyków - matki i dziecka, którzy okazują się Jezusem i... Maryją?
 Na pewno matką Jezusa. Co dalej? Musicie sobie doczytać, jeden z drugim, ale zapewniam,
 że docierając od momentu przetransportowywania świętej rodzinki, wszystko staje się niczym narkotyczny haj. Natomiast alternatywne historie z życia dzieciątka, bardziej wrażliwych mogą ugodzić jako bluźnierstwa. Chociaż dla mnie bardzo luźną opcją jest klnący Jezusek. Powieść pokazuje też w ciekawy sposób ogólnie panujący fanatyzm i jakby demaskuje rajcującą nas agresję, czy jak bardzo chcielibyśmy uwolnić nasze popędy. Zmiana jest bardzo ważnym wątkiem w powieści i choć jako jedyny może się wydawać przewidywalna, towarzyszy jej bardzo kolorowe i przyjemne zakończenie. Powieść, mimo że nie jest prosta do przyswojenia, jest napisana prostym językiem, który zrozumie nawet małolat. Niemniej małolatom poniżej pewnego IQ odradzam tej książki.
 Ona was zahipnotyzuje niczym wizerunek czarnego słońca zdeterminowanych hitlerowców. 
   Czy to, że tytuł ma z tym wiele wspólnego to przypadek? 
   Ani trochę... Przekonaj się sam, lecz pamiętaj, by mieć stalowe nerwy!

Gatunek: Groteska, Kryminał, Dramat Psychologiczny
Rok: 2019
Wydawnictwo: Świat Książki

wtorek, 3 grudnia 2019

Peter Wohlleben - Dotknij, Poczuj, Zobacz: Fenomen Relacji Człowieka z Naturą



   Do Petera Wohllebena nie trzeba bardzo namawiać tych, którzy cenią sobie magiczną cechę natury. Ten autor bowiem zachwycił nas już bestsellerami "Sekretne Życie Drzew" i "Duchowe Życie Zwierząt". Owszem nie każdy z entuzjazmem sięga po jego książki i sam autor jest tego świadom. Świadomość ta pojawiła się wraz z wrzuceniem powyższych tytułów do "worka" fikcji literackiej. Nie mniej jego tytuły stają w szranki z tym, co zawsze odrzucano i podważano w nauce - popularne teorie i klasyczny obraz świata. Być może tak odrzucone, dla nas wygodne schematy przyczyniły się do takowej krytyki książek Wohllebena. Dlatego, wracając już do lektury, o której chcę tu pisać, jeśli nie masz otwartego umysłu, ciekawości dziecka i zdania na temat swoich obserwacji, nawet nie chwytaj za tę książkę. 
    To nie jest naukowe kompendium podparte szeregiem naukowych doświadczeń i dowodów. To gawęda z czytelnikiem, ukazująca pewne zaskakujące fakty i ciekawostki na temat współistnienia człowieka, roślin i zwierząt na płaszczyźnie natury. Wohlleben serwuje nam wachlarz anegdot, zmuszając czytelnika do personalnego sprawdzenia faktów. To tak jakbyśmy wyszli z autorem do gospody, na grzańca i słuchali jego opowieści o jego pracy leśnika. A ponieważ leśnik ma na okrągło kontakt z naturą, dlaczego by mu nie uwierzyć? To zbiór ciekawostek, których autor nabył, jakby był już sędziwym leśnikiem. Sędziwym jak prawdziwa dojrzałość wielkich i prastarych drzew. 
   Nie da się jednak zaprzeczyć, że czytając "Dotknij, Poczuj, Zobacz..." odczujemy w tekście pewnego rodzaju uczucie baśniowości. Podobnie zresztą jak w przypadku poprzednich książek. Niektóre z faktów przytaczanych przez autora, mogą wydawać się niesamowite, bądź abstrakcyjne. Stąd też osąd o fikcję literacką. Osobiście jednak uważam, że dodaje to ciekawości i buduje sympatię do autora, który w pewnych kwestiach (na szczęście małych) potrafi być surowym pragmatykiem. Książka nie tyle zaciekawia i w miły sposób sugeruje wycieczkę do lasu, ile jeszcze może rozbudzić fantazję i poprzez swój baśniowy akcent zainspirować wielu pisarzy. Bo dlaczego by nie szukać natchnienia na łonie natury?
   Książka nie bez powodu ma tytuł "Dotknij, Poczuj, Zobacz...". Autor na samym początku omawia nasze i zwierzęce, a nawet i roślinne zmysły, właściwie to nasze wspólne zmysły. Piszę także o szóstym zmyśle, lecz mi się wydaje, że ten szósty zmysł polega po prostu na czuciu. Nie uwierzymy w nic co napisane w tej książce, jeśli nie umiemy czuć. Wychodząc na łono natury, musimy naturę poczuć, by móc mówić o rzeczach, które naukowo mogą wydawać się wybujane. Peter Wohlleben piszę, że jesteśmy lepsi, niż się nam wydaje. My - ludzie. Wystarczy poczuć. Z naturą nie da się wygrać i z częstotliwością naszych zmian wciąż będziemy do niej wracać. O tym jest ta książka. Lekka i przyjemna. Czyta się ją zaskakująco szybko, lecz rozluźnia Cię tak bardzo, że za szybko nie chcesz jej kończyć. Zabierz ją ze sobą i czytaj w lesie, nad morzem, na najwyższym szczycie jaki zdobyłeś/aś. Tam, gdzie ta natura jest i możesz ją poczuć!

Gatunek: Gawęda, Naukowa
Rok: 2019
Wydawnictwo: Otwarte

sobota, 16 listopada 2019

Artur Urbanowicz - Gałęziste



   O mój Boże!... Wróć! O cholera! Jakie to było dobre!
Artur Urbanowicz swym "Gałęzistym" debiutem wyplasował sobie miejsce w kanonie grozy ostatnich lat. Ta pozycja jest świetną grą kontrastów, umiejscowioną w atmosferze horroru. Brak mi trochę słów na podsumowanie tej lektury, gdyż dawno nic mnie tak nie wciągnęło, i muszę przyznać -wystraszyło. Napięcie w powieści czasem tak sięgało zenitu, że wywalało korki. Jest to zatem debiut mocny i niezaprzeczalnie prezentujący nam autora ze smykałką do wystraszania. Ogniskowe historyjki to... w zasadzie jedna ze scen powieści, ale... niewinne bajki, przy tym, gdzie nas zabiera Artur. Pomimo że to dialogi logicznego myślenia ze zjawiskami nadprzyrodzonymi to ogarnia nas strach, gdy uświadomimy sobie, jak ten dialog potrafi być ogłupiający i wprowadzający w osłupienie człowieka. U Artura Urbanowicza nie jesteśmy straszeni tylko dla samej formy strachu. Dodatkowo jesteśmy uczeni. Stajemy się świadkami polemik naukowych, co wprowadza element dydaktyczny. Plus to, co uwielbiam w horrorach - psychologiczne zmiany bohaterów. Każdy rodzaj horroru opiera się na jakimś toposie - głównym motywie powieści. W "Gałęzistym" mamy do czynienia z naturą i słowiańskimi przypowieściami. Nie ma więc problemu z wydedukowaniem, że akcja dzieje się w naszych swojskich rejonach. Choć nie do końca. Ten atrybut sprawia, że możemy być dumni z naszych lokalnych przypowieści straszących. 
   Autor wykorzystał w powieści legendę o Leszym - demonie lasu, czczonym w wierzeniach słowiańskich. Leszy może nam się kojarzyć z grą "Wiedźmin 3: Dziki Gon". Natomiast Artur Urbanowicz ukazał legendę starosłowiańską w jej naturalnym środowisku - dosłownie. Postać Leszego stała się także kartą przetargową problematyki wiary, jaką porusza "Gałęziste". O dziwo to tzw "pogańska" wiara wygrywa w ukazanej w powieści potyczce z chrześcijaństwem. O dziwo, bo sam autor jest katolikiem i to praktykującym, do czego sam się przyznaje w ustępie "od autora". Logiczna zatem byłaby obrona własnej wiary. Tylko że czym byłby horror z czymś tak oczywistym? Dlatego mam pełne uznanie dla autora, że pomimo iż chrześcijańska doktryna potępia to, co związane z grozą i horrorem (bo wiedz, że coś się dzieje!) to autor manewruje w tej tematyce, jak radosne dziecko w małym nakręcanym samochodziku.
   Nie mogło więc być inaczej i debiut musiał bazować na tym, co istnieje w życiu autora. Muszę też zauważyć, że Artur Urbanowicz to świetny obserwator. Widać to w relacjach głównych bohaterów - Karoliny i Tomka. Nie dość, że są swoim totalnym przeciwieństwem, to jeszcze on jest ateistą, ona zagorzałą katoliczką, która nawet alkoholu nie spróbuje. Autor w ich relacji świetnie ukazał przyzwyczajenie do siebie dwójki partnerów. Przyzwyczajenie, które rodzi się wraz ze śmiercią naturalnego zauroczenia i fascynacji drugą osobą. Wtedy kiedy jedno męczy się z drugim i myśli jak wyjść z tego "związku". Urbanowicz staje na odcisk wszystkim stereotypom trzymających się kobiet i mężczyzn. Niemniej dopełnia ten realizm sytuacjami, podczas których dochodzi do skrajności. Pojawiają się wewnętrzne moralne walki, gdzie trzeba wykazać się odpowiedzialnością za drugiego. 
    To miała być zwykła wycieczka do Suwalszczyzny, z okazji świąt Wielkiej Nocy. Wypad na łono natury. Lecz na tym łonie byczył się właśnie jakiś zły byt. Ten byt chronił łono natury przed niewiernymi. A jego wyznawcy dopuszczali się krwawych ofiar z chrześcijan, na cześć swego pana. Nikt kto wchodził do lasu, nigdy z niego nie wychodził. Jak wytłumaczyć to, co niewytłumaczalne? Jak uwierzyć w coś, czego nie ma? I czy lepiej wiedzieć, czy wierzyć? A może nie wierzysz, to nie wiesz, a wiesz, to wierzysz? Na te pytania odpowiadają sobie bohaterowie podczas ryjących głowę halucynacji, jakich dostarcza im las za pośrednictwem Boruty. W co uwierzy Tomek, a co stanie się z zakochaną w nim Karoliną? 
   Zajrzyjcie w "Gałęziste" źrenice opiekuna lasu, aby się tego dowiedzieć! Ja wam gwarantuje, że ta powieść was pochłonie, niczym suwalszczański las. Będziecie czuć kamień strachu w żołądku, podczas lektury i nie zauważycie, kiedy ją skończycie. Mi osobiście było mało. W pozytywnym sensie. Najchętniej bym dalej czytał o niekończących się tułaczkach po nawiedzonym lesie. O wpadaniu na satanistów, uciekaniu im i znowu wpadaniu na nich. Choć wydaje się, że opowieść długo się rozkręca, w pierwszej połowie pojawiają się emocjonujące jump scare'y (o ile takie mogą się pojawić w książce) pobudzające wyobraźnię. Za to w drugiej połowie książki cały czas coś się dzieje, a struna tak napięta, jak akcja drugiej połowy, pewnie by pękła. Ostatnim dopełnieniem i podsumowaniem naukowo - duchowej dysputy tła powieści jest posłowie Krzysztofa Grudnika, którego nie możecie opuścić. Tam bowiem kryje się cały sens każdej fikcji, której się wybitnie boimy w "Gałęzistym". Nietzschejskie: "Nie ma faktów, są interpretacje". Dlatego nie wierz w nic, w co wierzyłeś do tej pory...

Gatunek: Horror, Folk Horror
Rok: 2019
Wydawnictwo: Vesper

poniedziałek, 4 listopada 2019

Franz Kafka - Proces



   Zastanawiałem się, czemu ten tytuł ominął mnie, jako lektura w szkole. Nie będę się rozwodził na temat tego, dlaczego w ogóle kogoś omijają lektury szkolne, ale powód jest prosty - nie czyta się ich!
Niemniej pamięta się te lektury, a już na pewno tytuły nieprzeczytanych. Z jednej strony "Proces" bardzo by mi się spodobał, skoro jego przekładem zajął się Bruno Schulz (chyba że wikipedia prawdę piszę i wcale to nie on), w końcu jak się okazuje Kafce do Schulza nie daleko. Z drugiej strony "Proces" to trudna lektura, wymagająca pomyślunku. Żeby ją dobrze zrozumieć, trzeba poobserwować świat urzędniczy. Kafka napisał powieść zaliczaną do surrealności, tyle że tu nie ma surrealizmu nadrealnego charakterystycznego dla sztuki samej w sobie, niczym w dziełach Daliego wykluczonego przez Bretona z tej kategorii. To już z teorii bliżej by było z "Procesem" do Bretona, jednak wciąż to nie to.  Po części możemy zaliczać tę powieść do surrealizmu, lecz w pełni to powieść absurdalna. Absurdalność pojawia się w niej od samego początku, do samiuśkiego końca, a wręcz ostatniej linijki. Absurd przedstawiony w powieści okazuje się, ze ma wiele wspólnego z naszą rzeczywistością. 
   Główny bohater - Józef K. zostaje aresztowany, lecz nikt nie wie za co. Areszt ma miejsce w jego domu, gdzie znikąd pojawiają się mundurowi. Wszyscy twierdzą, że sprawa Józefa K. jest skomplikowana i trudna, ale nikt nie wie, na czym polega. Józef K. został aresztowany, ale może chodzić do pracy. Bohater wędruje od rodziny, do adwokata, aby ktoś pomógł mu w jego sprawie (wciąż nie wiemy, na czym polega) i wszyscy się powtarzają, ale nie użyczają konkretnej pomocy. W końcu do filozoficznych wywodów dołącza ksiądz. Wszyscy wiedzą o procesie Józefa K., ale nikt nie mówi, co zrobił. Bohater sam tego nie wie, lecz nie wpadł na to, aby dowiedzieć się, co zrobił. Koniec końców rozwiązaniem procesu i całej sprawy staje się wyrok śmierci Józefa K. O ile można tak nazwać morderstwo za pomocą noża, wykonane przez grupkę ciemnych typków, łażących za K. bez żadnej krępacji po ulicach, na oczach wszystkich mieszkańców. 
   Całe to krótkie streszczenie samo przez się jest absurdalne, ale właśnie taki jest obraz akcji w powieści. Zastanawiacie się więc, co jest tak trudnego w tej powieści? Śpieszę tłumaczyć. Na samym początku zauważmy, że Kafka piszę językiem archaicznym. Finalnie "Proces" został wydany w 1925 roku, podczas gdy autor zaczął pisać już w roku 1914. Dodajmy do tego, że jeden z rozdziałów jest niedokończony. Następnie czytając niektóre monologi, (szczególnie w przedostatnim rozdziale, monolog księdza) masz wrażenie, jakbyś czytał "Ucztę" Platona, albo lepiej "Obronę Sokratesa". 
    Absurd sytuacyjny zawarty w "Procesie" zmusza nas do śmiechu, lecz cały czas towarzyszy nam atmosfera grozy. Nie trudno ją wyczuć, ale to zestawienie utrudnia nam swobodny przepływ informacji. Klimat charakterystyczny dla tego opowiadania przywodzi na myśl interaktywną sztukę teatralną. Pozornie interaktywną, bo nie możemy wkroczyć i przykładowo potrząsnąć Józefem K., aby się opamiętał i nie robił głupstw. Czytając "Proces" naprawdę mamy wrażenie jakbyśmy byli na deskach teatru i w samym środku sztuki obserwujemy akcję. Ta sztuka jest farsą, którą dobrze znamy, ale mamy związane ręce i nogi, zaklejone usta i nie możemy się włączyć. 
   Ta historia jest o totalitaryzmie, o niewolnictwie fantomowym, czyli takim niewolnictwie, jaki nakłada na nas pieniądz, technologie, wszelkie umowy, a przede wszystkim rząd, ustalając sobie politykę i ustawy, które nie mają fizycznych podstaw i są tylko iluzją, na którą się nabieramy. W ten sposób władza ma nas w garści, a my latamy po urzędach niczym K. po kamienicy, w której kobiety robią pranie, a dzieci krzyczą i bezdomni się tułają. Józef K. gonił od pokoju do pokoju, aby dotrzeć na przesłuchanie w sprawie, której nie było. Tak samo my gonimy po urzędach za sprawami, których nie ma. 
   Spokoju tylko mi nie dawały kobiety, które kręciły się wokół Józefa K. Każda z nich miała frywolny stosunek do bohatera i jedynie mogę zrozumieć absurd tej charakterystyki, który tak samo ma odzwierciedlenie u kobiet w rzeczywistości. Jednak pojawienie się postaci kobiecych bez głębszego sensu, staje się tylko rozrywką. Chyba że rozumieć kobiety, jak zapatrzenie się Neo na kobietę w czerwieni w filmie "Matrix". Podobna scena ma miejsce na końcu "Procesu", kiedy K. zapatruje się na pannę Burstner, nie zauważając tym samym, skąd wzięli się jego "kaci". 
   Jeśli absurd, tak szeroko pojmowany w polskiej mentalności nie jest Ci obcy, Kafka pomoże Ci zauważyć absurdy niezawisłości sądowniczej, przy akompaniamencie niepokojącego stłamszenia. Mam tylko nadzieję, że zrozumiesz lekturę bez doświadczania działań organów. Bo dopiero po tym drugim, mogę uważać, że rozumiem to pierwsze.
    ... tak, jak gdyby wstyd miał mnie przeżyć. ;) 

Gatunek: Nowela, Absurd, Farsa, Powiastka Filozoficzna
Rok: 1925 / 1971
Wydawnictwo: Bellona