czwartek, 16 kwietnia 2020

Joseph Citro - Nieznany



   Chociaż dzisiejsze czasy oferują nam bardzo dużo, trzymających w napięciu horrorów, od ekstremalnych, po folkowe, skończywszy nawet na sznycie science fiction, to trzeba przyznać, że lata 90 tez potrafiły porwać wirem strachu. Warto zapoznać się z pozycjami złotej ery końca XX wieku. Jeszcze, jak w tych latach raczkowałeś (jak w moim przypadku) będzie i jest to dla Ciebie klasyczna gratka. Bardzo popularne wtedy kompaktowe kieszonki były czytywane w wolnych chwilach od pracy, ale i dzieciaki uwielbiały te krótkie straszaki. Krótkie, bo nie przekraczały czasem 300 stron, a czcionka była tak przyjemna dla oka, że pochłaniane były na raz. Straszaki natomiast, bo wydawało się wtedy wszystko, co było "straszne" i nie musiało być dobre. Tutaj mamy przykład takiego straszaka. Co prawda najstraszniejsza jest w tym przypadku okładka, ale powieść też niczego sobie. 
   Umówmy się "Nieznany" jest nieznany szerszemu gronu i nie jest to, nie wiadomo jaki horror. Samo nazwanie tej powieści horrorem to za dużo. To raczej thriller ze sporymi elementami grozy. Na pewno przy ognisku zrobiłoby furorę. Ta powieść jest naprawdę dobra i bardzo mi się podobała, gdyż nie wymagała wiele i co najważniejsze - cały czas była akcja! W tej książce retardacji chyba nie ma wcale. Trzyma w napięciu do samego końca. Cały czas coś się dzieje. Jest to idealna książka na długie podróże. Powieść nas wciągnie i nie będziemy wiedzieć, kiedy skończyliśmy... i podróż, i książkę. 
   Jeśli zastanawiasz się, co jest w tej powieści, to z początku możesz sam mieć problem z określeniem fabuły. Pierwsze rozdziały robią wrażenie nic nie znaczącej opowieści, ale suspens jest nie do końca do odgadnięcia. Nie będę zdradzał za wiele, bo streścić można książkę kilkoma zdaniami. To nie oznacza nic złego, bo jak już wspominałem, książka jest krótka. Mimo to ma swój klimat co do epoki, w której powstała i co do poruszanych zdarzeń. Mogę jedynie naprowadzić, a Ty czytelniku sam uznasz, czy może Ci się spodobać ta opowieść. 
   Jest tu motyw tajemniczych lasów Vermontu, naukowa zagadka, domniemanie Wendigo - mowa o indiańskim leśnym duchu, który często poruszany jest w literaturze amerykańskiej. Mogliście o nim przeczytać u Kinga lub Mastertona. Citro właśnie w swej powieści, krótko, ale treściwie charakteryzuje Wendigo. Pojawia się także motyw plemienia o nieznanych korzeniach. Przygody dwóch chłopców w wieku przed nastoletnim (domniemam), sprawiają, że nie jest to sztywna historia dla dorosłych. Nie mniej lecą bluzgi więc ostrożnie. Strach rodzi nieznane czające się w lasach oraz człowiek, który miał uratować zagubionych, a okazał się szalonym zazdrośnikiem. Czarne postaci i trochę pierwotnej historii stanu Vermont to główna otoczka powieści. 
   W żadnym wypadku nie jest nudno, ale czasem za szybko się wszystko dzieje. Pomimo tego "Nieznany" daje nam przyjemną dawkę rozrywki i udowadnia, że (horror) groza nie musi polegać na z góry ustalonych archetypach. 

Gatunek: Thriller Grozy / Przygodówka
Wydawnictwo: Amber
Rok: 1991

piątek, 10 kwietnia 2020

Wiktor Orzeł - Książka, której Nigdy nie Przeczytasz



   Nie wiem, od czego zacząć ocenę tej książki, a ode mnie ta ocena celująca i bardzo wysoka. Tytuł jest enigmatyczny. Można się zastanawiać czy to jakiś gniot, czy tak przerażające i obrzydliwe historie zawiera, że nikt tego nie zdoła przeczytać. Tak naprawdę to tylko tytuł książki, o której jest to książka... wybaczcie za spoiler, ale jest on nieznaczny, w stosunku do tego, jaką historię zawiera. Na końcu książki okładkowy margines zachęca nas prezentowaniem autora, jako miks Żulczyka, Houllebecq'a i Hłaski. Muszę przyznać, że wiele się nie pomylono. Przytoczeni porównani znani są z brutalnego przedstawiania rzeczywistości. Znani także z tego, że nie cukierkują w swoich utworach i lecą z grubej rury. Podobnie jest z Wiktorem Orłem. Dlatego porównanie trafne i czytając tę książkę, faktycznie mamy wrażenie, jakbyśmy czytali kogoś z wyżej wymienionych. 
   Jakkolwiek fikcja literacka jest sferą bez zasad i z ciosami poniżej pasa, tak trzeba czasem tego realizmu dodać, poprzez to co jest nam znane. W wypadku tej zgrabnej powieści mamy wydarzenia osadzone w Krakowie. Przedstawienie miasta, ulic, osiedli, a nawet obyczajów są realne i mogę to potwierdzić, jako stuprocentowy krakus mieszkający w Krakowie od urodzenia. Natomiast cała reszta dziejąca się m.in. w głowie bohatera to zagadka. Zakrawa na solipsyzm, czy jakiś inny symulakr. Otóż główny bohater pochodzi z bogatego domu, dostaje pieniądze od ojca, ma swojego szofera, ale jedyne co robi w życiu, to imprezuje i niszczy swoje jestestwo, czując beznadziejność życia. Nie dziwota, bo jak rodzice się Tobą i sobą nie interesują, to żaden szczebel społeczny nie załagodzi wyalienowania. Aha! I co najważniejsze bohater piszę książkę. Niby go to absorbuje, ale wie, że nie ma talentu i jest to brutalna pokazówka, skąd wniosek o swojej szmirowatości i fikcyjnym istnieniu, jako artysta. Jego zapiski do książki, to tylko grafomańskie przebłyski na kacu. 
   Czym by była historia bez tragedii? Mamy tutaj tragedię, która kończy się szczęściem w nieszczęściu, nasz bohater, kiedy otrzymuje upragnioną sławę pisarza, zrodzoną na kanwie jego tragedii, wyczuwa paranoicznie dosięgające go macki spisku. Jego rzeczywistość staje się jeszcze bardziej obca. Za to ostatnie strony powieści przysparzają wrażenia, że nie wiemy do końca, co było czyim wyobrażeniem, a co rzeczywistością. 
   Ta książka pomimo swej patologicznej otoczki pełnej narkotyków, wulgaryzmów i gdzieniegdzie pospolitego ciupciania, bardzo odpręża. Ryje banie - trzeba przyznać, dlatego skierowana do czytelników o mocnych nerwach. Poza tym ta opowieść nie jest wymagająca, a każdy raczej zrozumie poruszane przez nią problemy. W tej książce kruchość ludzka i jej brutalność jest ukazana w prosty, ale dotkliwy sposób. Wydarzenia prowadzone są jako relacje czwórki bohaterów w pierwszej osobie. Zatem możemy w łatwy sposób dostrzec nawet najboleśniejsze szczegóły zdarzeń. Czytając tę książkę mamy w głowie film i to awangardowy, lecz wybitny niczym dzieło Smarzowskiego. Tak właśnie miałem ja podczas lektury. Historia idealnie pasująca pod film o zabarwieniu społecznych problemów. Ta lektura jest dla dzisiejszego czytelnika przystępna, chociażby ze względu na czas akcji, który umieszczony jest wyraźnie gdzieś w obecnych latach. Świadczą o tym opisy sporej części życia bohatera, lądującej na portalach społecznościowych. Kto dziś nie chwali się swym życiem na społecznościówkach, nie istnieje, przy czym to także dodaje realizmu historii. Wszelkie internetowe działania postaci wspierają ten realizm i dają nam poczucie przywiązania do książki. 
   Cieszę się, że taki autor się pojawił i do tego mieszkamy w tym samym mieście. Kraków ma swojego przedstawiciela prozy trudnej, upaćkanej nihilizmem i brutalnością rzeczywistości, o której nie chcemy mówić, ale chętnie poczytamy w zaciszu domowym. Uważam, że autor jeszcze się doczeka swojego "czasu na antenie literackiej". "Książkę, której nigdy nie przeczytasz" wchłonąłem bardzo szybko, choć starałem się pomału czytać i tym delektować, dlatego żałuję, że nie była dłuższa. Za to czekam już na kolejną i oby i tym razem... postacie nie były zmyślone, a wszelkie prawdopodobieństwo było uzasadnione!

Gatunek: Literatura Piękna / Fikcja Literacka
Wydawnictwo: Papierowy Motyl
Rok: 2020




wtorek, 7 kwietnia 2020

Stephen King - Dallas '63


   Kto nie obeznał się z twórczością Króla do tej pory, po nooberskim pytaniu "od czego zacząć czytać Kinga?", w topce usłyszymy o tym tytule. Będzie to tytuł okrzykiwany jedną z najlepszych powieści. Niestety, jako nieliczny, będę musiał się nie zgodzić. Aczkolwiek w tej powieści wyczujemy kwintesencję Kingowości w 100% (retro klimat, psychologiczne profile postaci, "teorie spiskowe", nadprzyrodzone). Jedynie "Joyland" na tę chwilę wydaje mi się słabszy. "Dallas '63" jest lepszą powieścią z tych słabszych. Tytuł ten otrzymał 4 nagrody. Zasadniczo wydaje mi się, że jedynie ze względu na tło wydarzeń. Co trzeba przyznać? Fabuła jest przemyślana, co sam autor w sobie chwali, nawiązując do swego zaniechania kończenia tej powieści na początku lat 70. 
   Okładkę "Dallas '63" każdy widział i w tym wypadku ocenianie książki po okładce, w zestawieniu z tytułem, nie będzie żadnym grzechem. Wydedukować można łatwo, że powieść będzie zahaczać o zabójstwo Johna F. Kennedy'ego. A właściwie o niedopuszczenie do tego zabójstwa. 
   
*UWAGA LEKKI SPOILER*

   Główny bohater - Jake Epping w 2011 roku odbywa podróż w czasie do 1958 roku, w którym staje się George'em Ambersonem. Podróż przebiega dzięki jego przyjacielowi Al'owi, który jak się okazuje, w spiżarni swego lokalu ma schody do innej epoki. Sprawa jest prosta - za każdym razem trafiasz do 1958 roku. Wracasz zawsze 2 minuty po czasie, w którym zszedłeś, bez względu na to ile czasu spędzisz po tamtej stronie. Jednak wracając, wracasz starszy o tyle o ile tam zostałeś. To dzięki Al'owi i jego namowom, zwykły nauczyciel staje się tajemniczym pisarzem, z tajną misją do wykonania. Biedny Al po wielu takich podróżach podupada na zdrowiu. To zakończy się, nie wiadomo czym, gdyż o Al'u nie dowiadujemy się niczego, gdy skończy się przygoda Jake'a Eppinga.
   Choć fabuła jest zwięźle nałożona na sferę science fiction, bez żadnego przesadzania, trafiamy na to, czego najbardziej nie lubię w powieściach Kinga - obyczajówki. No dobra, bohater musi spędzić prawie sześć lat w Ameryce długo przed jego poczęciem. Logiczne, że jakieś osobiste perypetie się wydarzą. Co ciekawe w tych perypetiach, bohater ani razu nie pomyślał, co robią w tych czasach jego rodzice. Wydaje mi się, że podróż w czasie każdego skłaniałaby do takich przemyśleń, a co dopiero do poszukiwań - miał na to 6 lat! Skoro nie poświęcał ich w 100% na rozgryzienie działań zabójcy Kennedy'ego (bo de facto nie było to potrzebne, jeśli się ma notatki swojego przyjaciela) mógł sobie pomyśleć o rodzicach... ale nie tak miało być. 
   Jake George zaczyna swoje zmienianie przyszłości od zabójstwa ojca Harry'ego Dunninga. Harry to uczeń Jake'a z liceum dla dorosłych z 2011 roku, gdzie i kiedy napisał w wypracowaniu o swoim ojcu, który terroryzował Harry'ego i jego rodzinę. Pierwszorzędnie trzeba było sprzątnąć złego ojca. Następnie w kolejności Jake George wykombinował sobie pracę w szkolę, poznał atrakcyjną bibliotekarkę, w której się zakochał, został reżyserem sztuki, tańczył, uratował życie lubej, stracił pamięć, ale w międzyczasie obserwował Lee Harveya Oswalda. Oswald był przyszłym zabójcą JFKa. Kiedy dochodzi do finału, George po kilku kłodach rzuconych przez przyszłość (bo przyszłość jest nieustępliwa i nie chcę, by ją zmieniać) w końcu powstrzymuje Oswalda, lecz kosztem życia kogoś innego. Przesłuchany przez agentów i oddelegowany, jako bohater George Jake planuje swój powrót. FBI okazuje się na tyle rozgarnięte, że dociera do nich, iż George pojawił się znikąd. Agenci pomagają mu wrócić, skąd przybył. Jake'owi to odpowiada, gdyż nie dba o splendor bohatera. Tym samym dowiaduje się o skutkach swego "bohaterstwa", a potem o prawdziwej naturze podróży w czasie. Wraca do swej epoki, ale mocno zmienionej przez swoje działania. Kolejny powrót do '58 wiąże się z bolesnymi wnioskami dla Jake'a. Naprawia kilka innych spraw w inny sposób, by po ostatecznym powrocie do 2011 mógł znów spotkać kogoś z dawnych lat. 
   W powstaniu tej książki podoba mi się kolejne zainteresowanie się Kinga tematem "teorii spiskowych" i że w badaniach pomógł mu jego przyjaciel Russ Dor. Współpraca tych dwóch panów zawsze owocuje cegłą dla czytelników - jak choćby "Doktor Sen" czy "Pod Kopułą". Pomoc Russa Dora wiążę się z tym, że zawsze zainteresują nas jakimś tematem z pogranicza 'tajemnic prawdy'. To właśnie dzięki temu słabość tej książki nie ma nic wspólnego z jej fabułą. Słaba jest tylko ze względu na obyczajowość w większości zawartej w książce. Tą obyczajowością jest romantyczna relacja między Georgem a Sadie. Natomiast fabuła bazuje na wydarzeniu śmierci Kennedy'ego i alternatywie w formie "co jeśli...?".
   Może i słabe, może i najlepsze. Większość i tak mnie zlinczuje, a "Dallas '63" i tak będzie w topie. King to King. Ale nawet "Król" ma lepsze i gorsze powieści. Czy Tobie się spodoba ta gorsza? 

Gatunek: Science Fiction / Obyczaj
Wydawnictwo: Albatros / Prószyński i S-ka
Rok: 2011


czwartek, 19 marca 2020

Wisława Szymborska - Czarna Piosenka


   O tomikach poezji wiele pisać nie trzeba poza zachętą do czytania tej formy literackiej, gdyż niesamowicie odpręża i odzwierciedla wszelkie emocje, z którymi czytelnik może się utożsamić. Są natomiast poezje wysokolotne, których interpretacje są trudne, za to emocje towarzyszące wersom - nie ogarnione. Taką poezję pisała Ś. P. Wisława Szymborska. Od zawsze znakomita poetka, do której wracamy bardzo często. Jej debiut, o którym właśnie piszę, jest być może obcy dla tych, którzy nie mieli do czynienia z wojną, ale wrażliwość, jaką poetka oplotła swe wojenne wspomnienia, dotknie każdego ckliwca. 
   Ten  krótki tomik, zawierający wiersze z okresu 1944 - 1948, zaczynamy od wstępu Joanny Szczęsnej. We wstępie poznajemy historię powstawania debiutu, który nigdy się nie ukazał. Paradoksalnie trzymając go w ręce, miejmy świadomość iż wydano go po śmierci poetki. Wstęp prezentuje nam także krótkie szczegóły małżeństwa Szymborskiej i przepiękny gest męża. Małżonek przepisuje pierwociny Wisławy, po to, aby debiut był kompletny i gotowy do wydania. Wreszcie przeredagowany maszynopis trafia do rąk poetki na jej urodziny, jako prezent od męża. Taki prezent to gest możliwy tylko w związkach czysto poetyckich. 
   A wiersze te to piękne migawki wojenne upstrzone, jak już napisałem wrażliwym tonem. Czytając je, masz niesamowite doświadczenie pływania w kolejnych linijkach, spośród których jedna przeplata się z drugą. Wchodzisz pomiędzy delikatne słowa, cały wiersz wizualizuje Ci się niczym wizja po upojeniu słowami między którymi przechodzisz. To aż niesamowite, jak dziwne wizje wiersze te w nas rodzą. Tym samym najlepsze kawałki (moim zdaniem): "*** Świat umieliśmy kiedyś...", "Pocałunek nieznanego żołnierza", "Erotyk żartobliwy", "Ballada dzisiaj", "Niedziela w szkole" i tytułowa "Czarna piosenka" komponują się tak, jakbyśmy byli świadkami scenerii dziejących się w wymienionych wierszach. 
   Ta "książka widmo" to ważny artefakt w zbiorach każdego miłośnika poezji, który cenił sobie wrażliwość poetki. Po tylu latach możemy usłyszeć takty "Czarnej Piosenki".

Gatunek: Poezja
Wydawnictwo: Wydawnictwo Znak
Rok: 1944 - 1948 / 2014

poniedziałek, 16 marca 2020

Immanuel Kant - Metafizyka Moralności


   Na chwilę obecną będzie to ostatnie pod rząd spotkanie z etyką. Głowa musi sobie odpocząć od czasu do czasu, tak więc postanowiłem filozofię moralności dawkować sobie w kratkę z innymi tytułami, które się namnażają i ktoś to musi przeczytać ;) 
   Nie łatwe jest życie czytacza!

   Dziś na tapet wjeżdża za to Kant ze swoim kategorycznym imperatywem!



   Myśląc "moralność", pierwszy kto przychodzi nam na myśl to Kant. Jest tak? Nawet jeśli nie, ja tak miałem. Nie było to słuszne.  Niemniej praktyczna filozofia, czyli etyka zawdzięcza Kantowi dużo i po lekturze, muszę przyznać, że do dziś nie możemy się otrząsnąć z letargu kantowskiego systemu moralnego. Niemieccy filozofowie wydaje się, jeden po drugim tworzyli drabinkę (której szczeblami byli sami) do powstania czystego totalitaryzmu. Kant dorzucił swoje grosze w postaci kategorycznego imperatywu, uznawanego przez niego za rozum praktyczny. W rzeczywistości podawał przepis na totalitarny system rządów. Zanim dotrzemy do takiej konkluzji, musimy wpierw przebrnąć przez kilka części tej publikacji. 
   Mianowicie w przedmowie dowiadujemy się o dwóch stadiach pracy filozofa - krytycznym i postkrytycznym. Ta pozycja powstała już w stadium postkrytycznym, jako że myśliciel z wiekiem zmienił swoje poglądy, chciał uaktualnić swoje poglądy. Jednak one wciąż przypominają niewinny przyczynek do zasiania "zła". Główny tekst natomiast dzieli się na:
   1. Metafizyczne Elementy Teorii Prawa
   2. Metafizyczne Elementy Teorii Cnoty

   Ad 1. Ten dział jest najdłuższy. Chyba najnudniejszy i jeśli nie jesteś studentem prawa, trudno będzie przemyśleć słowa autora. Tu dowiadujemy się o sprzecznych założeniach bądź rozumowaniach filozofa. O wspieraniu niewolnictwa przez Kanta, nie trzeba mówić, jednak tamtejsze czasy upośledzały zapewne pojęcie wolności. Dlatego, kiedy Kant piszę o wolności, doświadczamy niespójności, kiedy dalej czytamy o niewolnikach, nie mających praw do wolności... kolokwialnie - bo tak!
   Metafizyka w ogólnym tłumaczeniu to abstrakcja. Rzekłbym, że także absurd, bo czytając takie androny, jak w powyższym przykładzie, zastanawiamy się, czy aby na pewno tak wygląda klasyczna metafizyka? Mało tego, Kant kategoryzuje (utrzymując, że tego nie robi), gdy uznaje pozycje społeczne (monarchów i innych arystokratów) za lepszych od, bogu ducha winnego plebsu, którego dziś nazwalibyśmy niższą klasą społeczną. Ta niższa klasa społeczna już od średniowiecza (też ciemnogrodzkich czasów) była uważana za tę, która nie ma pełni praw. Od tego przechodzimy w sprawiedliwość - najtrudniejsze zjawisko do odczytania. Tylko czy skoro opierać się na rozsądku, i co sam Kant faworyzuje, czy powyższe jest sprawiedliwe? Podobnie rzecz się ma w sprawie chorych, którzy pozbawieni praw, najlepiej jakby byli zlikwidowani. Czy to nie brzmi znajomo? Za to najwięcej praw i możliwości wg Kanta ma sędzia, którego nie możemy oceniać nawet według tego samego prawa. To oznacza, że pewne negatywne skutki potencjalnie złych czynów nie mogą tyczyć się sędzi, jeśli ten zrobi coś nieetycznego. Gdzie więc sprawiedliwość? 
   Nadużywane pojęcia: a priori, metafizyka, transcendentalność nie będą zrozumiałe na żadnym etapie lektury. Kant miesza swe totalitarne nasienie z subiektywną moralnością, twierdząc, że to od nas zależy, co uznamy za dobro moralne i że jako wolne jednostki nikt nam nie może mówić, jak mamy się prowadzić, jednak wpajając nam, że mamy być posłuszni. Być może odbiór pewnych pojęć był zgoła inny, ale kategoryczny imperatyw był po prostu uniwersalizmem zasad moralnych, co w przypadku subiektywnej oceny raczej nie ma miejsca. 

   Ad 2. W końcu docieramy do krótszej i bardziej zrozumiałej części. Podobnie zaś abstrakcyjnej i przeczącej zjawiskom. Podczas dywagacji na temat cnót, Kant zdaje się, zaczyna pisać do rzeczy (w poprzedniej części udało mu się to także w przypadku obywateli świata, ale dalej skiepścił). Kant odrzuca założenia Arystotelesa co do umiaru i podaje swoje, lecz jak bardzo Arystoteles też się mylił w wielu kwestiach, tak w przypadku umiaru było to słuszne założenie. Tym samym Kant cnoty układa w pragmatycznym rzędzie i ocenia je, jako zwykły obowiązek. Pragmatyzm odbija mu się także w sprawie miłości i przyjaźni. Zaprzecza istnieniu przyjaźni, o dziwo tu zgadzając się z Arystotelesem. Uznaje ją jednak za potrzebną gwoli życzliwości. Nie sprowadza ani miłości, ani przyjaźni do formy uczuciowej. Choć zachowania względem bliźnich wykłada słusznie, to zastrzega oschłość w relacjach przyjacielskich, ponieważ wszystko to obowiązki, które ludzie mają wobec siebie. 

   Mimo iż Kant opiera się na rozumie, trywializuje prawdziwe działanie rozumu względem naszych skłonności. Rozumie naszą naturę ludzką, lecz w żaden sposób nie angażuje nas w wiarę w swoje przyrodzone zdolności. Ma rację także, jeśli chodzi o dydaktykę moralną, która zakłada, że każdy jest w stanie nauczyć się moralności. Niestety sprowadza wszystko do płytkiej pragmatyki, co sprawia, że zła natura jest odbierana za normę. Kant oczywiście nie jest odosobniony w takich założeniach, ale imperatyw już jako słowo kojarzy się źle. Jeśli praktyczny rozum ma coś wspólnego z osiągnięciem moralnego podium, to jednak niech będzie subiektywną skłonnością naturalną. 

Gatunek: Filozofia, Etyka
Rok: 1797 / 2015
Wydawnictwo: Wydawnictwo Naukowe PWN

środa, 26 lutego 2020

Książki, na które Szkoda Czasu (Część 1)

   W zeszłym roku chwytając po tytuły, które za nic nie chciały mnie wciągnąć, albo męczyły tak, że ani skupienia, ani nie wiem, co czytam, lub po prostu były to jakieś dyrdymały, po których spodziewałem się czegoś więcej, myślałem, że odstawie te tytuły. Pomyślałem sobie jednak, że w imię lepszego wyboru tych, którzy chcą czytać ciekawe rzeczy i nie tracić czasu na coś zbędnego, pomęczę się chwilę, by wiedzieć, co odradzić czytelnikom. Oczywiście o gustach się nie rozmawia, bo to, co ja odradzę, może spodobać się komu innemu. Moją subiektywną ocenę pozostawiam więc tylko do wglądu. A ponieważ nie będą to długie antyopinie, to każdy będzie mógł szybko stwierdzić, czy dana pozycja również będzie mu nie odpowiadać.
   Będzie to cykliczny insert na blogu, w którym po minionym roku będę prezentować książki, które przeczytałem i w żaden sposób mnie nie porwały. Na początek dwie starocie przeczytane w 2019 roku. Bardziej naukowe, jednak będące trudne do przebrnięcia:


1. William Backus, Marie Chapain - Mówienie Prawdy Sobie Samemu (1992)


   Początek lat 90. Nie pamiętam, jak wyglądał wtedy rynek coachingowy i samorealizacyjny, ale ta pozycja ma być dla tych, którzy cały czas pracują nad sobą i chcą poprawić swoje życie. Problem w tym, że ta książka powinna pojawić się na półce "religia" zamiast "psychologia". Nie wprowadza ona niczego odkrywczego, ale dorzuca kilka naiwnych kąsków, specjalnie dla głęboko wierzących. Osoba nie wierząca, chcąca poprawić swoje życie będzie nudzić się przy tej lekturze, ze względu na tłumaczenie wszystkiego bogiem, miłością do niego itp. Tę książkę da się streścić jednym zdaniem: "Twoje życie nie jest szczęśliwe i nie cieszysz się z niego, bo za mało oddajesz się Bogu". W dzisiejszym świecie opartym na działaniach i realnych założeniach argumentacja słabą wiarą nie jest żadnym argumentem, chyba że tak jak wspomniałem - jesteś głęboko wierzący / wierząca. Chociaż liczba bigotów, mówiących o dobrej nowinie i miłości oraz dobru pochodzącym od boga, a poza swą rzekomą wiarą są nieopanowani i prezentują krzywy kręgosłup moralny, jest zatrważająca. Ilość argumentów kończących się ufnością w Bogu, aż irytuje. 
   Niemniej kilka ciekawych odkryć można dokonać i starać się sobie uświadomić. Przykładowo, że nikt nie musi nas przecież lubić. Z jednej strony prowadzi to do skrajnej introwersji, z drugiej do przesadnego narcyzmu, ale suma summarum jest to ciekawy sposób wmówienia ludziom samotnym "nie z wyboru", jak można sobie poradzić w życiu. Ciekawym spostrzeżeniem psychologicznym okazuje się także to, że nikt, ani nic nas nie denerwuje, bo to my sami się denerwujemy. Tak samo, jak nic nie jest straszne, dopóki nie zrozumiemy, że coś dla nas jest straszne. Ciekawe, jeśli jest to tak konkretnie przedstawione, ale to wciąż nic odkrywczego. Myśl pozytywnie - to rada każdego coacha, bez względu na to czy jest psychologiem, menelem czy księdzem i nie jest to nic odkrywczego. Ta książka to jak psychoterapeuta, który niegdyś był księdzem, a Ty właśnie odbyłeś / aś z nim swoją pierwszą wizytę, która oczywiście nic nie pomogła.


2. Marian Bielicki - Zapomniany Świat Sumerów (1966)



   Teraz coś NIE dla miłośników historii czy głębiej antropologii. Od jakiegoś czasu dużo się mówi o Sumerach. Cywilizacja sumeryjska jest wdrążana w różne tematy "teorii spiskowych", przez co ich działalność staje się ciekawsza. Niemniej bardzo trudno znaleźć lekturę przybliżającą nam ciekawostki z czasów sumeryjskich. W poszukiwaniach kompendiów na ten temat zawsze natkniemy się na tę propozycję Mariana Bielickiego, jako pierwszą i zapewne kompletną. Bzdura! Po pierwsze książka jest dosyć gruba, ale nudna strasznie i pisana takim językiem, że nie idzie się skupić nad tekstem, tym samym nie wiemy o czym czytamy. Autor piszę, że jego wieloletnie badania doprowadziły go gdzieś, lecz nie wiadomo gdzie. Większość tekstu to pisma pozostałe po "księgach" sumeryjskich, gdzie zapisywano obyczaje, mitologie i wszelkie wierzenia sumeryjskie. Teksty te napisane są w stylistyce mocno przypominającej język z pisma świętego. Jednak treści ukazane są w ten sposób, jakby Sumerowie byli bardzo zacofaną nacją. Pod koniec dopiero można wyczytać coś ciekawego na temat obyczajów Sumerów po jakimś postępie cywilizacyjnym. Niemniej Sumerowie ukazani są jako odpowiednicy biblijnego Babilonu. Dużo czytamy o kazirodztwach i poczęciach bóstw stworzonych na podobieństwo samych Sumerów. Książka może i jest jakimś materiałem dla dalszych badań, ale zmagania z nią po jakimś czasie sprawiają, że zapominamy, o czym czytaliśmy, a i masa imion bogów i ważnych postaci staje się marą. 


   W tym zestawieniu powinna się znaleźć jeszcze jedna pozycja, ale na nią już poświęciłem całego posta o dłuższej treści, a przeczytacie o niej tu: Piotr Abelard - Rozprawy - i nic bardziej mylnego, ta pozycja należy do tych, na które szkoda tracić czas!

   Mam nadzieję, że merytorycznie nie narobiłem chaosu i zrozumiałe jest, że na te pozycje nie chciałem tracić zbytnio miejsca i rozpisywać się z zachwytem. Oczywiście piszę te miniantyopinie na szybko, spontanicznie, z tego co pamiętam i mam nadzieję, że tyle wystarczy. Bo szczerze - nie byłbym w stanie nic więcej napisać nawet na świeżo po przeczytaniu tych lektur.
   Zachęcam do ratowania lektur, ale i ratowania czytelników przed nudą! ;)



niedziela, 23 lutego 2020

Arystoteles - Etyka Nikomachejska, Etyka Wielka, Etyka Eudemejska, O Cnotach i Wadach

   Kolejny miesiąc mi zajęło przerabianie najważniejszych etycznych pism Arystotelesa. Ze względu na absorbujące lektury, jakimi są filozofie postanowiłem omówić za jakiś czas jeszcze jedną i odpocząć sobie od etyki. Tymczasem wracamy do tematu, jaki podjąłem na rzecz pewnego projektu, o którym gdzie indziej.



   Jedne z podstawowych dzieł rozważających etyczne zagadnienia. Początki poglądów moralnych. Arystoteles to chyba jeden z pierwszych autorów, który tak rozlegle opisuje ludzkie postawy moralne. Jeśli ktoś chce rozróżnić cechy charakteru od naturalnych skłonności bądź sztywno unormowanych konstruktów społecznych, warto sięgnąć po "Etykę Nikomachejską" i resztę pism etycznych. Niemniej błyskotliwa charakterystyka ludzkich cnót, skłania do przyglądnięcia się nam, by zrozumieć istotę cnotliwości. A przy okazji spis wszystkich cnót pomaga nam zauważyć, jakie cnoty na przestrzeni wieków zanikły, kształtując nas, jako niecnotliwych. Między starożytnością a czasami współczesnymi XXI wieku, wiele się pozmieniało także w etycznych sprawach, ale pewne stereotypy i schematy przytaczane przez Arystotelesa trwają po dziś dzień, co jest przerażające. Starożytność mogła być według niektórych zacofana i mieć zawężony punkt widzenia, ale dla sporej części myślicieli i naukowców Arystoteles będzie stale podstawą i wielu będzie się do niego odnosić. To wcale nie jest złe, aczkolwiek absurdalność niektórych założeń często równa się płytkom kuchennym. Osąd o mniej wartościowych kobietach względem mężczyzn lub, że tylko głupiec chciałby pozostać dzieckiem, a tym bardziej że dzieci nie są szczęśliwe, gdyż są nieświadome, uchodzi według mnie za paskudny andron, szpecący powagę dzieł pisanych przez Arystotelesa. Takie uwagi są niepotrzebne i nie wiem, co mają wnosić do tematów omawianych w dziełach. 
   Chociaż w kilku przypadkach Arystoteles podważa tezy swego mentora - Platona, to w kilku też jego tezy, jak to w wielu filozoficznych dziełach, są przypisy do Platona. Niemniej Arystoteles posiadał odmienny system. W  jego założeniach moralność doskonała opiera się na wypośrodkowaniu naszych zachowań względem zalet i wad. Słusznym wydaje się by umiar pomiędzy dobrem i złem, których da się posiadać za dużo, może być moralną doskonałością. Zastosowanie równowagi w naszych etycznych działaniach jest chyba najbardziej przystępny człowiekowi, a zatem i sprawiedliwy. Choć definicja sprawiedliwości u Arystotelesa nie jest do końca zrozumiała. W etykach Arystotelesa czuć zalążki kategorycznego imperatywu. Umiar umiarem, ale wartościowanie każdego jedną miarą, bez względu na pobudki i inne czynniki, wpływające na decyzje, czasem wbrew naszej woli i stwierdzanie, że coś jest czymś dlatego i kropka, to jakby generalizowanie. 
   Przykrym jest za to, że większość z nas według Arystotelesa jest złymi ludźmi. Analizując przykłady ludzkich zachowań, w oparciu o założenia Arystotelesa, wyszło mi, że jestem złym człowiekiem. Jest to przygnębiające, lecz nie ma co brać tego za pewnik, ponieważ nie wszyscy są tej samej miary. Obszerna charakterystyka przyjaźni także chce dać do zrozumienia przykrą rzecz, że nie ma prawdziwej przyjaźni, dla samego towarzystwa i dla bycia dla drugiej osoby lub by ta chciała być dla nas. Otóż według Arystotelesa przyjaźń opiera się na korzyściach. A właściwie jeden z rodzajów przyjaźni. Kiedy tych korzyści już nie ma, przyjaźń przestaje istnieć. Nawet przyjaźń dla samej przyjemności uznawana jest za korzyść. Brzmi płytko i kłóci się z poglądem, że przecież jednym z największych dóbr jest właśnie przyjemność. Również przyrównanie związku małżeńskiego do systemu państwowo - obywatelskiego, jest nie tyle płytkie ile absurdalne. Właśnie przez taki stereotyp ludzie stają się apatyczni. Bo przecież Arystoteles daje do zrozumienia, że w systemie moralnym nieważne są uczucia i nieważne są emocje, a jak już to trzeba je kontrolować. 
   "Etyka Wielka", "Etyka Eudemejska" i "O Cnotach i Wadach" mają być rozwinięciem "Etyki Nikomachejskiej" lecz autor tylko się powtarza tym, co zawarte w "... Nikomachejskiej". Owszem znajdziemy krótkie rozwinięcia, ale to wciąż to samo i zawartość może służyć do utrwalenia podziałów i opisów naszych postaw moralnych.
   Jeśli ktoś chce czytać te dzieła od deski do deski, niech przygotuje się na długą lekturę. Tym bardziej, jeśli czytaniu towarzyszyć będą rozmyślania i postanowicie zacząć od wstępów, plus skrupulatnie będziecie śledzić didaskalia. Bardzo ważna pozycja w dobytku filozofii, niestety mocno hamująca nas, jako ludzi.

Gatunek: Filozofia, Etyka
Rok: 1996
Wydawnictwo: Wydawnictwo Naukowe PWN